Wysłany: 2005-10-26, 00:07 Czy taternictwo jeszcze istnieje?
Widziane z „loży szyderców”
Czy jeszcze istnieje taternictwo czyli wspinanie się w Tatrach. Mam coraz większe wątpliwości. Taterników nie widać w Tatrach, z ścian nie dochodzą odgłosy młotka. Jak gdzieś przeczytałem, nawet w takim mateczniku polskiego taternictwa, którym było od zawsze schronisko w Morskim Oku w pełnym sezonie są najwyżej dwa zespoły dwójkowe wspinaczy – kiedyś późnym wieczorem „należała” do nich cała weranda. Ja akurat Morskie Oko znam mniej, nie spałem tam zbyt często, pamiętam jednak czasy gdy w schronisku w Pięciu Stawach brać taternicka „okupowała” całą tą największą salę na najwyższej kondygnacji a w Murowańcu całą nie spaloną jeszcze wówczas :”trumnę”. Mnóstwo młodych dziewczyn i chłopaków ale trafiali się i mocno starsi ludzie, którzy swoją przygodę z liną zaczynali jeszcze przed wojną. Gdzie się wspinali? Czy starczyło dla nich taternickich dróg? No i tu tkwi chyba odpowiedź na postawione na wstępie pytanie. Witold Paryski opisując zaproponowaną przez siebie przymiotnikową skalę trudności pisze przy terminie „skrajnie trudno” (czyli dzisiejsza VI), że dróg takich w zasadzie w Tatrach nie ma a jeśli nawet jest kilka to raczej „skrajnie trudno – dolna granica”. Czy to się zgadza? Na te czasy, w których ukazał się 1 tomik Paryskiego na pewno tak. Wtedy nie było jeszcze tych wszystkich technicznych „nowalijek”, które umożliwiły w późniejszym okresie pokonywanie tych fragmentów ścian, które wówczas uznawano za nie do przejścia, które później jednak okazały się do przejścia jednakowoż za pomocą „oprzyrządowania”, które mnie się trochę kojarzy, wybaczcie porównanie, z urządzeniami figurującymi w katalogach tzw. „ochron osobistych” dla pracowników budownictwa pracujących na wysokościach. No i tu od razu pytanie – po co nam to było? Czy nie można było tego sobie odpuścić, zostawić górze trochę dziewictwa? Powie ktoś, że to sposób myślenia anachronicznego konserwatysty. Pewnie tak, ale czy to zbrodnia być anachronicznym konserwatystą. Tylko, że wtedy na ścianach było dziesiątki a może i setki ludzi uprawiających wspinaczkę dla własnej przyjemności a nie dla zbierania punktów, dla których bardzo często jedyną satysfakcją jest dodać kolejny numerek za rzymską szóstką i ... być lepszym od koleżanki lub kolegi. Te setki ludzi nie wspinało się oczywiście tylko po „piątkach” i „szóstkach”, nie starczyłoby ich dla nich wszystkich naraz – dla wielu zupełnie starczały „czwórki”, „trójki” a nawet „dwójki”, na które dziś się wspinać to prawie to samo co narazić się na pośmiewisko „środowiska”. Tylko, że tego środowiska już w Tatrach prawie nie ma, no i może w tym jest jakaś nadzieja, na odrodzenie się tego „starego”.
Dlaczego tak się stało? Nie chcę się tu silić na własne przemyślenia. Pozwólcie, że zacytuję innych:
Na wstępie warto oddać głos Janowi Gondowiczowi, który recenzując w 1997 roku w Tygodniku Powszechnym Wielką Encyklopedię Tatrzańską Paryskich (link do artykułu w wątku Tatry Rulezz – WET – post niezastąpionej Iwony Simonides:
Tak trafia pod pióro najboleśniejsza poruta - taternictwo, którego niesławny zgon oglądałem już osobiście, gdy pod rządami Gierka zwąchało pierwsze dolary i kominy. Dolarów było za mało, co spowodowało kradzieże w sklepach sportowych, dotąd psujące nam opinię w Chamonix, a co gorsza - demoralizację młodego pokolenia, rywalizującego radośnie, kto więcej wyniesie. Kominów zaś było za dużo, a paski na nich - oczko w głowie każdego dyrektora przynosiły niewiarygodne w tamtych czasach pieniądze. Ze zdumieniem patrzyłem, jak rozparzeni forsą potomkowie witeziów skały z młodopolskich majaczeń zabawiają się rzucaniem kuflami w bufet restauracji schroniska przy Morskim Oku. Wspinali się też - i to jak! - ale pogadać było coraz trudniej. Starszyzna zdobyła się tylko na skasowanie wyszynku. Na inne działania wychowawcze nie miała czasu, siedząc po Himalajach. Dziś nie ma ani Himalajów (zarżnięto socjalistyczną kurę, znoszącą złote jajka), ani sławetnego etosu, dzięki któremu byle zdobywca filara Świnicy czuł się zobowiązany do - jak pisze Andrzej Wilczkowski - "programowego niesienia pomocy wszystkim i wszystkiemu". Wspinanie zaś odchodzi w skałkach, a najlepiej pod dachem; zresztą zamiast "taternictwo" mówi się "alpinizm". Oczywiście rzec można, i to nie bez słuszności, że czar subkultury młodego pokolenia jest dla mnie równie obcy, jak dla autorów WET. (wytłuszczenie czcionki - moje)
Ostre słowa? Jeszcze jak! I pomyśleć, że napisane już w 1997 roku. Od tamtego czasu jest najwyżej tylko gorzej – tak mi się przynajmniej wydaje. Ale ja jestem, jak wiadomo, anachronicznym konserwatystą, patrzącym niechętnym okiem na skałki z ich wędkami a panele (czyli „najlepiej pod dachem” – jak pisze Gondowicz) najchętniej oddającym na opał. Oczywiście trochę tu przesadzam – jedno i drugie to dobry sposób na trening ale gdy trening zaczyna wypierać szlachetną sztukę tatrzańskiej wspinaczki a może raczej ją całkowicie zastępować to pora uderzyć na alarm. Bo to, proszę Państwa, jest trochę pójście na łatwiznę. W Tatrach, jak wiadomo, lubi padać deszcz a i grad i śnieg trafia się w lecie, podejście pod ścianę długie i czasami mozolne a przetrwanie trudnych warunków na ścianie lub odwrót z niej może być trudny. Tymczasem panel jest pod dachem, cieplutko, czasami gra muzyczka – pełen luksus a w dodatku można błysnąć akrobatyczną sprawnością przed zachwyconym dziewczęcymi (albo męskimi) oczyma. Podobnie i w skałkach – pogoda się łamie, zwijamy manele i już można zasiąść do browarka!
Kolejne cytaty to fragmenty z wypowiedzi Bogusia Słamy (dla mniej wtajemniczonych – kierownik szkółki taternickiej PZA w Betlejemce na Hali Gąsienicowej) podczas dyskusji w Roztoce w dniu 5 listopada podanej do wiadomości przez AndrzejaZ
Świadomość grup społecznych musi być kształtowana przez elity. PZA to robiła, etos był utrzymywany. Po zniesieniu obowiązku szkolenia zimowego wspinanie zimą zanikło, więc bez szkoleń zaniknie także kultura wspinania. Szlag mnie trafia jak widzę pudełko po soczku, ładnie, płasko złożone i wetknięte w szczelinę, a obok leży paczka po papierosach. Frakcja „Brytan” to nowe pokolenie ludzi „podciągających się na rękach” którzy nie mają nic wspólnego z dawnym taternikiem. To ludzie leniwi, którzy jeżdżą w skałki, ale boję się, że w końcu i tu przypełzną. Mają zupełnie inny język, poglądy, stosunek do przyrody. Co oni robią – dyskoteki w dolinkach! Magnetofony ryczą pod ścianami! Kiedy ja widzę człowieka który jest w Tatrach 5 dni albo tydzień, mówię: stary, ale się zasiedziałeś! Teraz bardzo trudno jest komukolwiek wyrwać się na dłużej niż 3 dni. Ludzie latają w Tatry samolotami z Gdańska, bo mają pieniądze, ale nie mają czasu.
(wytłuszczenia czcionki - moje)
To co mówi Słama to jest konsekwencja tego co opisał Gondowicz. To jest prosta konsekwencja mody na skałki, mody na „szóstki” z ilomaś tam cyferkami, mody na „podciąganie się na rękach” a w konsekwencji do tego, że jeżeli nawet ten skałkowy as trafi w końcu pod ścianę w Tatrach to pewnie go będzie musiał jakiś „pilot” zaprowadzić bo sam nie trafi. A ten magnetofon pod ścianą? A no pewnie dlatego, żeby było przyjemniej, w dodatku przyzwyczajenie z panelu a ponoć i skałek, pod którymi „metal” odchodzi aż miło. No i koniecznie w weekend, najlepiej ten przedłużony, bo kiedy indziej nie ma czasu – trzeba zarabiać pieniądze – wyścig szczurów trwa, w górach, na skałkach i panelach też.
Zamiast zakończenia
Koszaliński market „Emka”, w środku sztuczna ścianka, tuż przy ruchomych schodach i tarasie przy kręgielni. Można usiąść przy piwku i popatrzeć. Na ogół same dzieciaki wciągane dyskretnie na górę jak worki z piaskiem. Dyskretnie bo przecież patrzy tatuś, mamusia a może i dziadek lub babcia – chcą być dumni z synusia lub córeczki, lub wnuczęcia – „ale zgrabny i sprawny ten nasz Krzysiu lub Mariolka” – tak już prawie w przedszkolu uczymy ich tej odrobinki adrenalinki.
Ale trafiają się i starsi, tacy koło osiemnastki lub dwudziestki. Właśnie obserwuję takiego jednego – sięgając co rusz dłonią do woreczka (chyba z magnezją) – zupełnie jak ciężarowiec przed podejściem do sztangi – wspina się piekielnie szybko do góry, niczym sam Dan Osman. Gdy już skończył zabawę pytam się go tak z głupiej ciekawości (ktoś pewnie powie – „szczeniackiej ciekawości” - Żwirku liczę na Twoją bezinteresowną życzliwość dla mojej skromnej osoby ) czy wspinał się kiedyś w Tatrach? Wzrusza ramionami i mówi „a po co?” No tak, zaiste po co. Po co się męczyć.
Tylko mnie dręczy jedno pytanie – czy „wycinałby” tak szybko i pewnie te swoje „szósteczki” gdyby pod nogami miał te trzysta metrów „luftu”, nieprzyjemny widoczek na piargi i klamory na dole a w dodatku nie byłoby od góry tego krążka i zbawczej liny, której koniec znajduję się w przyrządziku przytroczonym do asekuranta.
No i taka myśl – niech ten „szóstkowicz” znalazł się tam w tych prawdziwych górach, nawet na nędznej, pogardzanej trójeczce, którą ponoć na skałkach "koszą" od pierwszego podejścia nawet dwunastolatki i tak przyszła burza z ulewą, czyli warunki, do których porządny łojant nie przywykł? Pełne portki? Ano chyba tak! No i bardzo dobrze!
janku jakoże zostałem pośrednio wywołany do tablicy (choć nie do końca bo o balderowaniu nie wspomniałeś ani słowem na twe szczęście ) powiem krótko i na temat. z twojego tekstu wynika, że bolejesz nad tym, że nie ma jush takich herosów jak kiedyś podczas gdy za chwilę cytujesz z aprobatą (tak mi się wydaję) wypowiedź p. słamy:
janek a właściwie p. słama napisał/a:
Frakcja „Brytan” to nowe pokolenie ludzi „podciągających się na rękach” którzy nie mają nic wspólnego z dawnym taternikiem. To ludzie leniwi, którzy jeżdżą w skałki, ale boję się, że w końcu i tu przypełzną.
określ się z łaski swej a prośby mej - czy ci brakuje taterników czy tesh nie... bo jedno co z twojego elaboratu wynika to to, że drwisz (zapewne celowo) z tzw. skałkowców... ale na jowisza - nie miej pretensji, że w skałkach nie muszą kiblować czy walczyć ze zmiennością aury - bo to se ne da... powtarzam taternictwo i "skałkowanie" to 2 (słownie dwie) różne (słownie: RÓŻNE) dyscypliny i nie przystoi ich porównywać bo wchodzisz w konflikt zarówno z jednymi jak i drugimi
na koniec posłużę się obrazowym porównaniem ponownie do dyscyplin lekkoatletycznych... w maratonie również czasami trza walczyć ze zmiennościami aury (wszak trwa to około 2h z tego co pamiętam)... bieg sprinterski to raptem 10, 20 czy 40 sekund z małym hakiem... no i jak byś się swego czasu spytał takiego johnsona dlaczego nie biega na 5, 10 km czy w maratonie - również wzruszyłby ramionami i powiedział po co???
Wysłany: 2005-10-26, 09:17 Re: Czy taternictwo jeszcze istnieje?
Janku nie bądź takim pesymistą.
Istnieje, sama znam co najmniej kilkanaścioro młodych (około dwudziestego roku życia) ludzi zafascynowanych Tatrami. A nasz Wojtek - to niby kto ?
A kilkunastu młodych ludzi z JKW Irka ?
A moi synowie, którzy owszem wspinają się na ściance (Michał mi właśnie mówił że na UJ wybrał w ramach WF "sekcję wspinaczkową" i będzie chodził na ściankę regulrnie co tydzień w ramach WF) ale ich głównym celem są Tatry.
Przy czym - co mi się akurat bardzo podoba oni obaj nie lubią wspinaczki sportowej i nie interesują ich drogi maksymalnie trudne. Wspinaczkę na sciance traktują jako trening, a w Tatrach ich celem są szczyty a nie ściany.
W każdym pokoleniu począwszy od Staszica rodza się ludzie zafacynowani górami, niektórzy z nich poprzestają na turystyce, niektórzy chcą spróbowac czegoś trudniejszego.
A ze teraz jest ich mniej niż w latach 70 to mi to wcale nie przeszkadza.
Teraz ludzie mają większy wybór. Wtedy w tych latach 70 każdy, kto miał w sobie nadmiar energii i poszukiwał mocniejszych wrażeń a jednocześnie był na pewnym (wysokim) poziomie uciekał w Tatry, lub ewentualnie uprawiał inne dyscypliny "przestrzennne" np. żeglarstwo. Stąd zapewne w tamtych latach tyle sukcesów Polaków właśnie we wspinaczce i zeglarstwie.
Teraz młody człowiek ma do wyboru kilkanascie dyscyplin zwanych "sportami ekstremalnymi" a może się tez zająć polityką, co jest nie mniejszą ekstremą.
Życie się zmieniło, ale zawsze pozostaje trochę osób (są na tym forum) dla których Tatry są najważniejsze.
Wspinaczka ściankowa tez nie jest niczym złym.
Mój mąż uczestniczył w zajęciach z dziećmi ze środowisk zagrożonych (program finansował trochę Urząd Miasta z pieniędzy za koncesje alkoholowe). Nie wiem czy to nadal działa w tym roku, może Irek wie, bo klub "Koliba" jako całość wstąpił do JKW.
No w każdym razie oferowało się tym dzieciom spotkania raz czy dwa razy w tygodniu na ściance zamiast przysłowiowego "stania w bramie z piwem".
Przecież chyba nikogo nie trzeba przekonywac że dla chłopaka w wieku lat 14-15 który pochodzi np. z rodziny alkoholika to jest duża szansa wyrwania się z tego środowiska.
A poza tym pomyśl sobie - czy życzysz sobie aby wszyscy "ściankowicze" trafili w Tatry ?
bo jedno co z twojego elaboratu wynika to to, że drwisz (zapewne celowo) z tzw. skałkowców... ale na jowisza - nie miej pretensji, że w skałkach nie muszą kiblować czy walczyć ze zmiennością aury - bo to se ne da... powtarzam taternictwo i "skałkowanie" to 2 (słownie dwie) różne (słownie: RÓŻNE) dyscypliny i nie przystoi ich porównywać bo wchodzisz w konflikt zarówno z jednymi jak i drugimi
Czy sobię drwię z skałkowców? Gdzieżbym śmiał! W dodatku jestem człekiem tchórzliwym, nie mam ochoty narażać się tak tu silnemu lobby.
Twierdzisz, Skoti, że to jakby dwie oddzielne konkurencje jednej wielkiej megakonkurencji czyli WSPINANIA. Może i tak, ale trzeba byłoby tu zapytać o zdanie samych "skałkowców", którzy tu podkreślali, że skałki i panel to tylko trening. Czyżby sami w ten sposób przyznawali "wyższość" taternictwa (i wogóle wspinania się w "prawdziwych górach")?
Pytasz o co mi chodzi? Odpowiadam - żal mi moich młodych lat, to chyba naturalne. Pamiętam z jakim nieomal nabożeństwem patrzyli na taterników tacy jak ja, co to tylko ta "nędzna" OP i jakieś tam Chłopki, Rysy i Szpiglasy. No i żal mi tego, że swoim brakiem szacunku do góry (ściany), tym pędem do uszknięcia jej każdego nawet najmniejszego kawałka dziewictwa ekstremaliści "wypłoszyli" wpierw tych "dwójkowiczów", "trójkowiczów", "czwórkowiczów" a nawet i "piątkowiczów" (bo kto ma ochotę być przedmiotem drwin, że tak "łatwo" się wspina) a później właściwie się zmyli - albo w skałki (bo bliżej z Warszawy) albo w egzotyk bo egzotyk to egzotyk. O ileż fajniej brzmi Mont Vautahir (6875 m npm)i niż Kozi Wierch (2296 m npm). A nawet Punta da Salada (2134 m npm) w górach Calapita (nazwy zmyślone) jest jakby fajniejsze. Bo co za frajda powiedzieć komuś, że się było na Kozim Wierchu w naszych zatłoczonych i niskich Tatrach. Ale rzucić tak od niechcenia - "Wiesz stary, ta Punta da Salada w Calapicie to jednak jest coś, gdzie tam do niej tym wszystkim Kozim i Granatom. No i właśnie tamtych Tatr mi szkoda. I mam nadzieję, że się z nich ekstremaliści do końca wyniosą. I może wrócą tacy zwykli, z liną, hakami, karabinkami i młotkiem. A zarazem bez magnetofonu ustawianego pod ścianą, nie śmiecącymi po kolebach i nie zrzucającymi kamieni (o czym Słama mówił w innym fragmencie dyskusji). Czy to jest możliwe? Pewnie nie bo naogół nic się nie wraca ("to se ne vrati" - jak mi powiedział jeden z słowackich znajomych"). Pomarzyć jednak chyba wolno. No i pewien jestem, że Bobas czyli Słama chętnie by takich "nowostarych" taterników szkolił.
(...) trzeba byłoby tu zapytać o zdanie samych "skałkowców", którzy tu podkreślali, że skałki i panel to tylko trening. Czyżby sami w ten sposób przyznawali "wyższość" taternictwa (i wogóle wspinania się w "prawdziwych górach")?
Chyba to pytanie jest skierowanie m.in. do mnie. Zatem odpowiadam - uznaję wyższość taternictwa. Tak - skały i panel to dla mnie trening przed Tatrami, którymi jeszcze się nie zajmuję, bo nie chcę "przeskakiwać poziomów"
powtarzam - wg mnie to żaden trening... ale wiem ty masz inne zdanie i ja również... oj giaur jak przyjedziesz do zduńskiej to postaram się wymyśleć kilka sytych i parametrycznych przystawek mając nadzieję, że zmienisz zdanie - choć generalnie cieszy mnie, że w ostatniej wypowiedzi nie użyłeś słowa buldering
Może trening to złe słowo. Docelowo chcę się wspinać w duużych górach, a nie na jakiś kamieniach w jurze, ale przecie nie pojadę od razu w Tatery, zanim zrozumiem jak działa lina i w ogóle. Dlatego na razie bawię się trochę w skałach ale w przyszłym roku chciałbym się już przenieść w Tatry.
Porównując do popularnych tutaj biegów - żeby nauczyć się biegać najpierw muszę nauczyć się chodzić. Nie chodzi o to, żeby być specjalistą od chodu sportowego, ale żeby chociaż umieć równowagę utrzymać.
Dołączył: 30 Sie 2005 Posty: 1900 Skąd: Z www.siersciuchy.pl :)
Wysłany: 2005-10-26, 11:59 Re: Czy taternictwo jeszcze istnieje?
Czesc.
Basia Z. napisał/a:
Wspinaczka ściankowa tez nie jest niczym złym.
Mój mąż uczestniczył w zajęciach z dziećmi ze środowisk zagrożonych (program finansował trochę Urząd Miasta z pieniędzy za koncesje alkoholowe). Nie wiem czy to nadal działa w tym roku, może Irek wie, bo klub "Koliba" jako całość wstąpił do JKW.
Faktem jest. Mlode fajne sportowe chlopaki wspinajace sie na wysokim poziomie. Jak im zaszczepic jeszcze ducha gor to beda z nich super ludzie. Nie wiem jak tam maja z dofinansowaniem w tym roku (w sobote mamy zarzad to moge sytac Darka) ale ustalilismy, ze oplaty jakie wniosa za wstapienie do Klubu (bo nie ma mozliwosci zwolnienia w statucie) przeznaczymy dla nich.
Dołączył: 23 Kwi 2006 Posty: 3273 Skąd: Kraków / Częstochowa
Wysłany: 2005-10-26, 15:10
giaur napisał/a:
Janek napisał/a:
(...) trzeba byłoby tu zapytać o zdanie samych "skałkowców", którzy tu podkreślali, że skałki i panel to tylko trening. Czyżby sami w ten sposób przyznawali "wyższość" taternictwa (i wogóle wspinania się w "prawdziwych górach")?
Chyba to pytanie jest skierowanie m.in. do mnie. Zatem odpowiadam - uznaję wyższość taternictwa. Tak - skały i panel to dla mnie trening przed Tatrami, którymi jeszcze się nie zajmuję, bo nie chcę "przeskakiwać poziomów"
oraz
giaur napisał/a:
Może trening to złe słowo. Docelowo chcę się wspinać w duużych górach, a nie na jakiś kamieniach w jurze, ale przecie nie pojadę od razu w Tatery, zanim zrozumiem jak działa lina i w ogóle. Dlatego na razie bawię się trochę w skałach ale w przyszłym roku chciałbym się już przenieść w Tatry.
Porównując do popularnych tutaj biegów - żeby nauczyć się biegać najpierw muszę nauczyć się chodzić. Nie chodzi o to, żeby być specjalistą od chodu sportowego, ale żeby chociaż umieć równowagę utrzymać.
Muszę przyznać, że jestem trochę rozczarowany dyskusją. Może się jeszcze rozkręci. Może zresztą to i moja wina, że nie dość konkretnie wskazałem tematy dyskusji. A więc uzupełniam:
Po pierwsze - dlaczego ilość taterników (wspinaczy) w Tatrach tak drastycznie spadła i czy argumenty podane przez Basię dostatecznie to uzasadniają (mnie nie) i czy przypadkiem nie jest jednak spowodowane tym, że "łoić" wypada teraz tylko na tak wysokim poziomie, że po prostu brak jest osób mogących temu poziomowi sprostać a wstyd na tych niższych kategoriach.
Po drugie (i moim zdaniem o wiele ważniejsze) - czy trend aby wszelkimi możliwymi sposobami "wykosić" na ścianie wszelkie możliwe warianty, nawet wtedy gdy biegną one tuż obok "drogi" poprzedników jest słuszny; czy jednak nie należy zostawić ścianie choć trochę z "dziewiczego" wianka?
Odnośnie drugiego zapytania chciałbym je uzupełnić opisem pewnego wydarzenia pozornie nie związanego z tematem. Otóż wiele, wiele lat temu zrobiono w Londynie taki eksperyment - na cokole pomnika na Trafalgar Square postawiono zupełnie nagą dziewczynę (a było to wiele lat temu gdy nagość nie była tak powszechna) - zero reakcji, prawie żaden samochód nawet nie zwolnił.
Kolejnego dnia o tej samej godzinie ta sama dziewczyna stanęła na cokole ale tym razem miała na sobie pończochy i przepaskę na oczach. Efekt - po kilku minutach olbrzymi korek na jezdni.
Wnioski? Proszę wyciągnąć samemu.
Dołączył: 23 Kwi 2006 Posty: 3273 Skąd: Kraków / Częstochowa
Wysłany: 2005-10-26, 18:46
Janek napisał/a:
Po pierwsze - dlaczego ilość taterników (wspinaczy) w Tatrach tak drastycznie spadła i czy argumenty podane przez Basię dostatecznie to uzasadniają (mnie nie) i czy przypadkiem nie jest jednak spowodowane tym, że "łoić" wypada teraz tylko na tak wysokim poziomie, że po prostu brak jest osób mogących temu poziomowi sprostać a wstyd na tych niższych kategoriach.
nie wiem... ja tam wcale nie dąże do jakichś wielkich sukcesow... wcale sie nie wstydze ze w dalszym ciągu robie (czasami) drogi trójkowe, czwórkowe mimo ze juz mi nie sprawiaja żadnego problemu. Prawie tak samo sie ciesze gdy zrobie jakies nowe IV i tak samo jak zrobie jakies VI. Po prostu lubie sie wspinać niezależnie od trudnosci. Nie mam aspiracji aby wyłoić wszystkie drogi na danej ścianie bo nie o to mi chodzi. Nie wspinam sie dla samego wspinania. Wspinam sie aby wejsć na coś... W skałach to jest inaczej bo zwykle jest "z tyłu" jakas wygodna spacerowa droga ktorą można wejsc na szczyt przykładowej Apteki dlatego wspin w skałach w moim rozumowaniu jest dla mnie tylko treningiem jak i panel i to takie na literke B . Ale inaczej jest np. z takim przykladowym Mnichem (na którego kiedys mam nadzieje wleze). Nie bede ciachać na nim jakichś szóstek skoro jest trójkowa droga przez płyte albo droga robakiewicza także trójkowa.
czy przypadkiem nie jest jednak spowodowane tym, że "łoić" wypada teraz tylko na tak wysokim poziomie, że po prostu brak jest osób mogących temu poziomowi sprostać a wstyd na tych niższych kategoriach.
W znanym mi trochę środwisku "łojantów" w ogóle nie zauważyłam takich tendencji.
Wszyscy, ale to absolutnie wszyscy wspinacze których znam, czy to skałkowi, czy tatrzańscy wspinają się dla swojej przyjemności.
I raczej nie dorabiają do tego ideologii.
Janek napisał/a:
Po drugie (i moim zdaniem o wiele ważniejsze) - czy trend aby wszelkimi możliwymi sposobami "wykosić" na ścianie wszelkie możliwe warianty, nawet wtedy gdy biegną one tuż obok "drogi" poprzedników jest słuszny; czy jednak nie należy zostawić ścianie choć trochę z "dziewiczego" wianka?
Muszę przyznać, że jestem trochę rozczarowany dyskusją. Może się jeszcze rozkręci. Może zresztą to i moja wina, że nie dość konkretnie wskazałem tematy dyskusji.
Janek, trudne zadanie stawiasz nam jesli oczekujesz jednoznacznej odpowiedzi.
Cytat:
przypadkiem nie jest jednak spowodowane tym, że "łoić" wypada teraz tylko na tak wysokim poziomie, że po prostu brak jest osób mogących temu poziomowi sprostać a wstyd na tych niższych kategoriach.
Po drugie (i moim zdaniem o wiele ważniejsze) - czy trend aby wszelkimi możliwymi sposobami "wykosić" na ścianie wszelkie możliwe warianty, nawet wtedy gdy biegną one tuż obok "drogi" poprzedników jest słuszny; czy jednak nie należy zostawić ścianie choć trochę z "dziewiczego" wianka?
Wydaje mi sie podkreslam aby nikogo nie urazic, ze tego typu lojantow na naszym Forum nie ma. Z tym pytaniem zwrocilabym sie na Twoim miejscu na forum Brytana.
Ksiazka Passendorfera zaczyna sie slowami:
Czym sa Tatry?
Dla jednych to stos bezladnych glazow i kamieni, ktore trzeba jak najpredzej ozdobic kolejkami i hotelami, dla drugich to boisko sportowe, dla innych to teren beztroskich wycieczek, dla innych wreszcie to swiat caly.
Prawde mowiac nie mam zielonego pojecia czy przez Ciebie opisane tendencje przewazaja wsrod wspolczesnych wspinaczy, czy nie ma ludzi o innym podejsciu?
Jezeli teraz zaczne Ci mowic na moim przykladzie, dlaczego sie "wspinam", tez w skalkach i w hali ( jako swiezo upieczony czlonek DAV mam prawo do bezplatnego korzystania ze sztucznych scian, ktore akurat w Amberg, sa "monstrualne". Coz, we Frankenjurze dzieci rodza sie juz w oplotach ...liny ) to bedzie to smieszne, nie musze Ci chyba mowic, dlaczego. Aby rozmawiac na ten temat powaznie, musialabym przestudiowac cala historie taternictwa + wspolczesnosc.
Zeby nie mowic ze temat sie zmarnowal zaczynam od samych poczatkow
No, IwonoS, Ty jesteś naprawdę "niesamowita". Te linki! Coś kapitalnego. Tak nawiasem czy ten Klemensiewicz to jest ten sam Klemensiewicz co od podręczników ortografii?
Te teksty są oczywiście napisane trochę starodawną polszczyzną, niektóre rzeczy się zdeaktualizowały (jak np. te o wyposażeniu) ale cała reszta, gdyby ją trochę przeredagować na współczesną polszczyznę (ale nie ruszając zawartości merytorycznej) toż to kompletny zestaw przykazań dla każdego górołaza, niezależnie czy się para wspinaczką czy też nie.
Ja trochę pewnie tendencyjnie wybrałem do zacytowania jeden akapit:
Cytat:
Autor niniejszej książki nie czuje się również uprawnionym do wydawania jakichś konkretnych przepisów dla wszystkich; sprzeciwiałoby się to zasadzie samodzielności, tej podstawie nowoczesnego taternictwa. Jest przecież jedna ogólna wytyczna, której przestrzeganie łączy się z warunkiem umiejętności, istotną cechą taternictwa:
Niech taternik przed każdą wyprawą poświeci chwilę czasu, aby sumiennie i wedle najlepszych sił i chęci poznać jej stopień niebezpieczeństwa, rozważając trudności wycieczki i niebezpieczeństwa zewnętrzne, tudzież kwalifikacye swoje i towarzyszy. Niech potem przypomni sobie jaka jest wartość życia jego, dla niego samego i dla drugich i niech teraz osądzi sam, czy stawka nie jest zawielka.
Nie można wymagać od taternika, aby był tchórzem, ale można i powinno się żądać, by sobie zdawał sprawę z tego, co zamierza zrobić. Gdyby każdy chciał i umiał zastanowić się w ten sposób nad uprawnieniem swoich zamiarów, byłoby z pewnością wypadków mniej o dziewięć dziesiątych. Bo to, co się nieraz sobie samemu i drugim wydaje zuchwałą odwagą, jest najczęściej tylko nieświadomością niebezpieczeństwa. Wszak głupców jest na świecie daleko więcej, niż bohaterów. Nie wawrzyny wątpliwej wartości powinny by ć ideałem taternika, ale świadomość, że może przyjąć odpowiedzialność za swoje postępki. I niech pamięta, że nie śmierci w górach ma szukać, lecz życia.
Wydaje mi się, że stosunkowo niedawno o tym dyskutowaliśmy i to dość ostro. A to takie proste!
No ja wspinam sie w skałkach, i wszystkie te numerki to tylko tak orintacyjnie, ale trenuje do tatr, aby pojechc w TATRY I WSPINAC SIE Z JAKIMIS UMIEJETNOSCIAMIA, A dodam jeszcze ze dla mnie tatry sa wyjatkowymi gorami, mimo to ze nie sa najwyzsze trudniejsze to i tak tatry sa dla mnie szczególnie, i wyjatkowe. A w tatracvh che sie wspinac, nie zamierzam robic jakies VI, bo mi wystarcza to ze se wspinam i ja sie wspinam dla siebie, anie dla cyferek.
_________________ Każdy myśli to co myśli
Myśli sobie moja głowa
Może w końcu mi się uda
Wypowiedzieć proste słowa
A dodam jeszcze ze dla mnie tatry sa wyjatkowymi gorami, mimo to ze nie sa najwyzsze trudniejsze to i tak tatry sa dla mnie szczególnie, i wyjatkowe.
No widzisz, Janek jednak nie jest tak zle jak myslisz. To jest chyba to nastawienie, ktore nazwalbys pozytywnym.
Jesli chodzi o mnie to ja tak troche na rozdrozu jestem, jesli chodzi o te wszystkie nowosci typu hale, bouldery itp.
Z jednej strony jestem troche za stara aby nie znac tego o czym pisze Klemensiewicz i nie czuc pewnego przywiazania do tej pierwotnej idei taternictwa.
Z drugiej strony znowuz za mloda aby nie byc ciekawym tego nowego i nie chciec przynajmnej wyprobowac.
1 grudnia jade na spotkanie z Kammerlanderem,
przysiegam ze zadam mu to pytanie
Cytat:
Po drugie (i moim zdaniem o wiele ważniejsze) - czy trend aby wszelkimi możliwymi sposobami "wykosić" na ścianie wszelkie możliwe warianty, nawet wtedy gdy biegną one tuż obok "drogi" poprzedników jest słuszny; czy jednak nie należy zostawić ścianie choć trochę z "dziewiczego" wianka?
PS. Ten od ortografii to chyba byl Zenon a nie Zygmunt.
no i jeszcze dodam ze mam niewiele lat, a tego szacunku do gór nauczyl mni mój tata który tez sie wspinał, i głównie w tatrach, a teraz to tylko turystycznie ale ostatnio stwierdził ze jak ja sie zaczne wspinac w tarach to moj tata tez, i bee mial przynjamnij pewego partnera.
_________________ Każdy myśli to co myśli
Myśli sobie moja głowa
Może w końcu mi się uda
Wypowiedzieć proste słowa
Zygmunt Klemensiewicz jest "patronem" mojego macierzystego oddzialu PTTK przy Politechnice Śląskiej.
Oprócz tego, że był turystą i taternikiem był wybitnym uczonym - fizykiem. Pod koniec życia był profesorem Politechniki Ślaskiej (przeniósł się tam ze Lwowa) i organizatorem turystyki na Politechnice.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach