Do P. dobijamy późnym popołudniem. Sprawujący się dotychczas bez zarzutu GPS „głupieje”, w mieście są jakieś chwilowe zmiany ruchu, ale wszystko dobrze się kończy, znajdujemy w końcu naszych znajomych. Jedziemy za miasto, grill, kiełbaski a potem już tylko spać, jutro nas czeka przeszło 700 km – punkt docelowy to Hallein, niewielkie, bardzo stare miasteczko kilkanaście km za Salzburgiem. I daleko i jednocześnie blisko, bo większość trasy biegnie autostradą.
Granicę przekraczamy w Cieszynie, ostatnie tankowanie za złotówki, czeskie winietki nalepione na szybie, za oknem łagodne górki, czas biegnie szybko i już jesteśmy w Znojmie na granicy czesko – austriackiej. Niedawno zbudowano tam coś w rodzaju Disneylandu a ponieważ ponieważ aucie jest dwóch młodych ludzi, siedem i trzynaście więc nie ma mowy aby nie zatrzymać się, zresztą dorosłym się też kawa należy.
Zabawa jest szampańska, jechać jednak trzeba, jeszcze kawał drogi. Wreszcie wszyscy przy samochodzie…
Pora przedstawić skład ekipy – pierwsza od prawej to Joanna, Aska, dziewczyna ze wszech miar niezwykła – nauczycielka informatyki w gimnazjum, zawzięta górołazka, przewodnik beskidzki i szefowa szkolnego koła turystyki górskiej „Wichura”. Nie byle jakie to koło, za ubiegły rok zwyciężyło wpierw w rywalizacji takich kół w skali wojewódzkiej a potem ogólnopolskiej. Obok Aśki siedzi moja córka Ewa, za nią siedmioletni Staś, synek Aśki a dalej trzynastoletni Filip, syn Ewy, mój wnuk, tęgi turysta tatrzański, dwukrotny „zdobywca” Rysów, Koprowego, Przełęczy Lodowej, Czerwonej Ławki, długo byłoby wymieniać…
Pora pokazać jeszcze samochód, którym jedziemy, Xsara, mniejsza ile lat, ale wciąż znakomicie się sprawująca, niestraszny jej jest także bagaż…
No cóż, środkowe lusterko raczej zbędne…
Kolejne kilka godzin, mijamy objazdem Wiedeń, jeszcze trochę i za oknem pojawiają się Alpy… W zasadzie mógłbym coś pofotografować ale mi się nie chce, w powietrzu wisi okropny rozleniwiający upał a w dodatku siedzę przy „niedobrym” oknie – auto prowadzi Aśka, prawdziwa mistrzyni kierownicy… można spokojnie podrzemać. Salzburg zostaje z boku, skręcamy na Hallein, na horyzoncie góry a raczej mnóstwo gór.
W Hallein spotykamy się z Krystianem, naszym gospodarzem, opiekunem i cicerone na najbliższe dni. Krystian wraz z synem był na lodowcu Gross Glocknera trzy lata temu gdy Aśka wraz z mężem i trójką przyjaciół doznała tam strasznego wypadku. Zginęły dwie osoby, w tym Krzysztof, mąż Aśki. To Krystian zawiadomił tamtejszy „Topr”, udzielił im pierwszej pomocy, okrył czym mógł unieruchomioną w szczelinie Aśkę, zawdzięcza mu życie, gdy trafiła do szpitala w Salzburgu miała temperaturę 32.6 C i połamane wszystko co tylko można było połamać. Teraz Krystian załatwił operację wyjęcia trochę żelastwa, którym ją wtedy poskręcano, żadna klinika w Polsce nie chciała się tego podjąć. Ta operacja to główny cel naszego przyjazdu.
Zostajemy zakwaterowani w bursie tamtejszej szkoły zawodowej (standard niezłego hotelu), potem wspólna kolacja w restauracyjce na starówce, w ogródku pod parasolem, piwko i spać.
Bursa mieści się w budynkach z XVII wieku o bardzo grubych murach, klimatyzacja jest zbędna, dawno tak dobrze nie spałem!
Rano następnego dnia Aśka wraz z Ewą i towarzyszącym im Krystianem jadą do miejscowego szpitala w celu wykonania niezbędnych badań analitycznych dla szpitala w Salzburgu, Ewa mówi nieźle po niemiecku i pełni funkcję „dolmeczera”, mnie zostaje powierzona funkcja opiekuna młodych ludzi. Ruszamy w Hallein, zadbane stare miasteczko, słynne między innymi tym, że pracował tu jako organista pan Gruber, kompozytor chyba najsłynniejszej kolędy świata - Cicha Noc. Snujemy się po ciasnych uliczkach i w końcu lądujemy w najbardziej właściwym miejscu czyli lodziarni:
Sprawy „medyczne” zostają załatwione nadzwyczaj szybko, dziewczyny wracają. Dostały od Krystiana kartę wstępu na miejscowy basen, upał jest tak okrutny, że to chyba najlepszy sposób na spędzenie kilku najbliższych godzin:
Z tarasu kawiarenki na basenie roztacza się taki widoczek:
Na tej górce na pierwszym planie (ta z przecinką) mieści się drugi co do długości tor saneczkowy w Europie (takie saneczki poruszające się po stalowej rurze, podobny tor, lecz króciutki jest w Tatrzańskiej Łomnicy. Na szczycie tej górki jest granica niemiecka, ten wysoki szczyt na drugim planie to już Alpy Bawarskie.
Godziny na basenie biegną szybko, pora zmienić zajęcie, pojechać gdzieś, ale gdzie? Najbliżej, bo już późno, czyli do Berchtesgaden w Niemczech, słynnej stacji klimatycznej wsławionej głównie tym, że na górze nad miasteczkiem miał swoją siedzibę niejaki Adolf Hitler (została wysadzona w powietrze).
Po drodze w samochodzie odzywa się komórka Aśki – dzwoni Jurek M., jej znajomy mieszkający w Salzburgu, aktor i reżyser, wiele lat temu zaczynał tam jako statysta, teraz ma własny teatr. Trzy lata temu odwiedzał Aśkę w szpitalu, zorganizowano go jako Polaka aby miała z kim pogadać. Dowiedziawszy się gdzie jedziemy, oświadcza, że zaraz nas dogoni… rowerem. Umawiamy się nad jeziorem Konigsee.
Pora na kilka obrazków gór nad Berchtesgaden:
Na tej górze z płaskim szczytem na drugim planie mieściła się siedziba Adolfa.
Jurek nas nie dogonił, jednakowoż przybył dość szybko po naszym przyjeździe. Zaraz po przyjeździe zapytał – czy ten Citroen z koszalińską rejestracją to wasz, jedyne polskie auto na parkingu. Robię trochę zdziwioną minę a Jurek zdejmuje kolarskie okulary i wszystko jest jasne, rodzice Jurka mieszkają tuż koło mnie i z widzenia znam go z osiedla, nawet mamy wspólnych znajomych – świat jest jednak cholernie mały! W tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak iść na piwo…
Wieczorem telefon od Krystiana – jedzie służbowo do Willach, to już prawie granica z Włochami, może zabierzemy się razem z nim, posiedzimy nad tamtejszym jeziorem a potem gdzieś pojedziemy, w jakieś góry. Brzmi interesująco.
Podczas drogi usiłuję robić zdjęcia przez otwarte okno. Czasami wychodzi to całkiem nieźle:
czasami jednak i tak, ot, urok autostrady…
Po drodze znany obrazek - to zamek na którym nakręcano słynny film wojenny „Tylko dla orłów” z Clintem Eastwoodem w roli głównej;
W końcu u celu, jezioro jest piękne, przystań też, znowu kąpiel…
Po kilku godzinach wraca Krystian. Pyta gdzie byśmy chcieli jechać a potem sam proponuje – Grossglocknerstrasse? Aśka mówi, że tak, to od jej decyzji to zależało…dzielna dziewczyna!
Droga, już nie autostrada biegnie wśród niewielkich gór, mijając alpejskie wioski:
W końcu miasteczko Heiligenblut i przed nami widok, wg. Krystiana najczęściej fotografowany w całej Austrii – XV-wieczny kościół i za nim Grossglockner:
Niestety nasz cel częściowo w chmurach, czyżbym znowu miał pecha jak kilka lat temu w Dolomitach, skoro jednak coś widać to robię możliwie maksymalny użytek z zoomu:
Piękny ale jakże okrutny szczyt, zabrał nam na zawsze dwoje przyjaciół, 36 – letniego Krzysztofa, męża Aśki i tatę Stasia oraz chłopaka w wieku 21 lat, obaj wtedy pierwszy raz w Alpach, zaledwie trzeciego dnia pobytu. Aśka jednak żyje, chodzi, nie porusza się na wózku jak jej prorokowano, w dodatku szalenie szybko doszła do sprawności fizycznej.
Ruszamy w dalszą drogę, jest późno, godzina 16.30…
Docieramy do bramki, Grossglockner Hochalpenstrasse, prawdziwe dzieło sztuki inżynierskiej przed nami, oczywiście obrońcy przyrody mogą mieć o nim inne zdanie, ja jednak jestem głęboko wdzięczny, dzięki nim mogę w moim wieku dostać się w samo serce gór…
Samochód pnie się w górę po niesamowitych serpentynach. Dotąd myślałem, że nic gorszego niż wjazd na Krak de Chevaliers mnie nie może spotkać, tutaj się okazało, że może. Ale to co za oknem rekompensuje, jednakowoż poza jednym wodospadzikiem, przy którym się na kilka sekund zatrzymaliśmy nic się fotografować nie da – nie sposób zdążyć przy tych wywijasach
.
Aparat wędruje do torby i wyjmę go dopiero po zajechaniu do centrum turystycznego Kaiser-Franz-Josefs-Hohe., kolosalnego zespołu obiektów wzniesionych na zboczu gór przeciwległych do najwyższego szczytu Wysokich Taurów i Austrii zarazem Grossglocknera.
Od razu mówię, to coś w rodzaju obiektów na Kasprowym i budowla ta może nudzić protesty „purystów” górskich i wszelkiego rodzaju c bardziej zwariowanych oszołomów – ochroniarzy, tym bardziej, że wzniesiona jest w samym sercu Parku Narodowego Wysokie Taury. Jednakowoż bez tego obiektu i prowadzącej do niego drogi tacy turyści jak ja nigdy by nie zdołali wejrzeć bardziej w Alpy a i wspinający się na Grossglockner i inne okoliczne szczyty mają piękny skrót drogi i mają gdzie zabiwakować bo tu nikt nie zrobi problemu, że ktoś śpi w samochodzie. Parę zdjęć:
Jak widać z ostatniego zdjęcia bywają tutaj również wyznawcy Proroka. Wszyscy oczywiście robią mnóstwo zdjęć, robimy je też i my ale nie publikuję bo wy chcecie oglądać góry a nie nasze gęby (kto będzie chciał może je obejrzeć wkrótce na mojej Picasie). No to prosit! Gór do upojenia:
Pięknie! Prawda?
No to szczypta pieprzu do tej potrawy. Grossglockner wznosi się nad lodowcem Pasterze a raczej tym co z niego przez efekt cieplarniany zostało. A sięgał aż do trawek – spójrzcie na zdjęcie niżej
Na koniec kilka zdjęć z „księżycowego” krajobrazu lodowca Pasterze:
Pora na odjazd, czas leci nieubłaganie, byliśmy tam łącznie 1.5 godziny. Podczas zjazdu (inną trasą) będzie okazja do obejrzenia innych fragmentów Wysokich Taurów. Ale to już w następnym odcinku, za kilka dni bo „austriacka ekipa” ma zlot w Koszalinie i będą inne zajęcia.
Fajna relacja, upojona widokami jestem i owszem. Dzięki, Janek.
Dzielna ta Aśka, no i Stasiek też! Zwłaszcza on... w obliczu tragedii, jaka ich spotkała...
_________________ "Ale nie wie nikt wśród żywych - czy ten szlak to szlak prawdziwy. I niejeden całe życie nie wie, że juz był na szczycie"
_________________ Rozważeń wart jest wzór: głupota nie polega na pisaniu steku bzdur,
Lecz na bezmyślnym zakładaniu, że inni się na tym sami nie poznają.
A na idiotyzm najlepszym lekiem jest ostracyzm - tanio wychodzi.
Mundek
www.turystyka.skibicki.pl
Piekne foty, jestem pod wrazeniem. Wybieram sie w tamte rejony, bo bardzo mnie zainspirowaly. Zaciekawila mnie Twoja opowiesc. Czy moglbys mi opisac cos wiecej o tym wypadku ? Jak to sie stalo ? Bywam czesto w Alpach. Lodowce zdarzaja sie tez. Co prawda nie tak ogromne jak te o ktorym piszesz... Wiem, ze pisanie o tym napewno dla Ciebie bolesne jest. To nie jest zwykla ciekawosc z mojej strony. Nie chcem poprostu popelnic takiego samego bledu jak oni. pozdrawiam cieplo
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach