|
<tekst i zdjęcia: Bogusław Pawłowski> Poza szlakiem, lecz nie poza prawem Realizowana od kilku lat fotograficzna pasja, w 2006 roku, na Międzynarodowym Konkursie Fotograficznym „Krajobraz Górski” w Nowym Targu, zaowocowała nagrodą specjalną Tatrzańskiego Parku Narodowego. W ramach niej otrzymałem tatrzański „bilet do raju” – zezwolenie na poruszanie się po całym obszarze TPN za wyjątkiem Kominiarskiego Wierchu (dlaczego tak - obecnie wszyscy już wiedzą). W związku z tym postanowiłem przeorganizować swoje plany na drugą część roku. Niniejsze zezwolenie, dla mnie i jednej dodatkowej osoby, wygasało 31 grudnia 2006. „Tymczasem księżyc zza Rysów wygląda i spokojnie wody jeziora jakby śniąc, urocze snują złudzenia. Potoki, śniegi, szczyty gór i ciemne smugi kosówki, oblane drgającym blaskiem, w lekkich, tajemniczych jakichś kreślą się zarysach w głębinie Rybiego” (T. Chałubiński, 1878). Inne perci wokół MOK-a W głowie natychmiast zaroiło się od pomysłów, sporo czasu spędziłem studiując dostępne opisy dróg (Paryscy, Kurczab), oraz mapy topograficzne 1:10000, z których wykonałem kolorowe wydruki. W pierwszej kolejności zwróciłem uwagę na otoczenie górnej części Doliny Rybiego Potoku. Znajduje się tam, bowiem duże (jak na warunki Tatr Polskich) nagromadzenie szczytów, na które nie prowadzą znakowane drogi turystyczne.Za kryterium dostępności, jeśli chodzi o szczyty, uznałem występowanie najłatwiejszej drogi o poziomie trudności poniżej II w skali taternickiej. Pozostawało jeszcze tylko załatwić trzy sprawy: partnera, miejsca w schronisku i pogodę, co zgrać się sobą okazało się bardzo trudne. Na szczęście, chłód i opady w końcu sierpnia, w znacznym stopniu przyczyniły się do „wyczyszczenia” rezerwacji w starym schronisku przy Morskim Oku. Skutkiem takiego rozwoju wypadków, zjawiłem się w schronisku 6 września, a kolega dojechał i doszedł dnia następnego, około południa. Mimo optymistycznych prognoz, aura, już pierwszego mojego dnia pobytu okazała się dość kapryśna. Po południu, tak się zachmurzyło, że musiałem zrezygnować z wejścia na Miedziane a i na Szpiglasowej w chłodzie (kurtka w Schronisku), trudno było dłużej wysiedzieć. Dziś jednak po mgłach nie pozostało ani śladu. Pół dnia już prawie przeleciało, więc za dużo czasu nie mamy. Pogoda świetna, ruszamy w kierunku Niżnich Rysów. Opis przebiegu drogi na ten szczyt, po opuszczeniu szlaku na Rysy jest na tyle krótki i lakoniczny, że wraz z mapami pozostawiamy go w schronisku. Okazało się to dużym błędem, gdyż po odejściu od znakowanego szlaku rozpoczęliśmy podejście w zbyt małej odległości od niego. Wyraźnego żlebu nie było, a od pewnego momentu miałem słuszne przeczucia, że na Niżnie Rysy nie dojdziemy. Ale cóż tam. Wspinając się w kruchym i miejscami stromym terenie, jak się potem okazało, w niewielkiej odległości od ubezpieczonej łańcuchami grzędy, grań osiągneliśmy w obrębie niewielkiego wcięcia na północ od Rysów. W czasie ostatnich kilkudziesięciu metrów podejścia towarzyszyły mi poważne obawy o bezpieczeństwo w czasie zejścia tą drogą. Z położonej powyżej przełączki turni, widać dojście szlaku turystycznego na grań. Będziemy zatem próbować przejść granią do szlaku. Kolega prowadzi, po pokonaniu kilku ścianek i załomów, słyszę, że „dalej plaża”. Około 17-tej docieramy do szlaku i nie pozostaje nic innego jak wejść na Rysy – w zaistniałej sytuacji trudno sobie darować. Można by rzec, że drugi raz jestem na najwyższym polskim szczycie niechcący – w sierpniu 1999 roku, w czasie zaćmienia słońca, uciekając przed depczącymi nam po piętach chmurami, napływającymi do kotliny od dołu, na wierzchołku znalazłem się w zwykłych sandałkach. Tymczasem, widoczność troszkę spadła, daje się odczuć nadejście wieczoru. Na szczycie oprócz nas, ostatni, średnio zorientowani turyści. Trzeba sporo wewnętrznego spokoju, by w kulturalny sposób odpowiadać na pytania w stylu: Jak wchodzi się na Gerlach z Polskiej strony?” Szczyt opuszczamy o 17.30, w przeświadczeniu, że nic ciekawego już się na niebie i ziemi nie wydarzy. Schodzimy z wyboru bez pośpiechu. Na progu Czarnego Stawu trzeba już poświecić czołówkami. Szliśmy w dół niecałe 3 godziny, zmęczenia brak – to najważniejsze. Wieczorem odbieram lekko frustrującą informację o intensywnych opadach zapowiadanych na następny dzień. Miało tego nie być! Snucie kolejnych planów odkładamy do rana. Pogoda faktycznie w oczach się załamuje. Zgodnie z prognozą około 9-tej zaczyna lać. Jadalnia w Nowym Schronisku, na tą okoliczność ludźmi załadowana jest maksymalnie. Pozostaje wierzyć, ewentualnie można próbować najeść się na zapas. Około 11-tej zaczyna się powoli przejaśniać, momentami nie pada. Godzinę później tylko lekko siąpi, więc się zbieramy. W związku z niepewną pogodą, bez szaleństwa. Cel – dojście do Zadniego Stawu Mnichowego. Jest on najwyżej położonym, stałym zbiornikiem wodnym w Polsce. Leży na wysokości około 2070m n p m i zajmuję powierzchnię 0,04 ha. Przez pierwszą godzinę marszu, do Dolinki za Mnichem, nie powiedzieliśmy do siebie ani słowa. Pogody nie ma. Co ciekawe, mimo opadów, Staw Staszica wygląda o wiele skromniej niż 2 dni wcześniej… Odnajdujemy taternickie perci, którymi podchodzimy na Taras Mnichowy. Nadal nie widać nic oprócz ścieżki. Po prawej, mijamy jeden ze znajdujących się na tarasie stawków, cieszy fakt, iż jest on na naszej mapie. Perć w dalszym ciągu jest wyraźna, rozpoczynamy podejście na tzw. Mnichowi Plecy. Nagle robi się jaśniej! Widać zarys tarczy słonecznej, za chwilę ścianę Cubryny, przez chwilę Mnicha i Przełęcz Szpiglasową. Dodaje nam to wiary w sens tego wyjścia. Po niebie zaczynają przesuwać się bezchmurne „dziury”. Mam już pewność, że odnajdziemy stawek. Znowu chwilami świeci słońce – z jedną z takich odsłon spotykamy się na Kopie Mnichowej – z tego punktu widok Galerii Cubryńskiej wywołuje wzruszenie. W parę minut jesteśmy nad leżącym, w kamienistej scenerii stawem.  Zadni Mnichowy Stawek – najwyżej położony, stały zbiornik wodny Polski Na pytanie „co dalej?” - odpowiadamy sobie, że nie będziemy wracać tą samą drogą. Możliwości za dużo nie ma – raczej tylko trawers pod Wrota Chałubińskiego. Na wstępie, żlebikiem, w mocno zmielonych skałach atakujemy jeszcze Przełączkę pod Zadnim Mnichem (ok. 2135m n p m), dawniej wykorzystywaną jako przejście do Doliny Ciemnosmreczyńskiej. Po zejściu przemieszczamy się w kierunku zachodnim, trawersując zasłane głazami zbocza. W takich miejscach, można zdać sobie sprawę, ile trudu kosztowało ułożenie wygodnych chodników na trasach turystycznych. W miejscu, w którym jesteśmy poruszanie się wymaga o wiele więcej koncentracji i skupienia, a niektóre głazy osiągają rozmiary 2 metrów. W takim terenie, poza szlakiem, w miejscu, gdzie akurat nie ma zasięgu GSM, nawet z pozoru drobna kontuzja może mieć dramatyczne następstwa. Między innymi z tego względu, TPN wydając zezwolenia na przebywanie poza znakowanymi drogami, czyni to zawsze dla osób, co najmniej dwóch. Tymczasem przed nami częściowo trawiaste zbocze, na którym kolega wypatruje kilka świstaków. Zwierzęta te, podejść blisko (wg mnie nawet średnio), nie pozwalają, prawdopodobnie dlatego, że nie przyzwyczajone są do widoku ludzi. Schodzimy w dół do połączenia z zakosami szlaku na Wrota. Dalej poruszamy się już znakowaną drogą: najpierw do góry a potem w dół do schroniska. Mimo początkowych obaw udany dzień a kolejnego ma być ponownie piękna pogoda. Wieczorem, w kuchni snujemy rozważania na temat ewentualnej, kolejnej trasy. Na wstępnie stwierdzam, że Mięguszowieckie nie wchodzą w grę, bez kogoś, kto już tam był. Zapoznani w schronisku taternicy odradzają wejście przez Hińczową Przełęcz na Cubrynę – gdzie pod przełęczą zalega, niebezpieczny o tej porze roku płat śniegu. Pozostaje więc coś z Grani Żabich. Po drodze jednak wszędzie kruche skały, strome trawki i trudności orientacyjne. Do posiadanych przez nas opisów dróg, „Asceta” dorzuca przewodnik Cywińskiego i cenne wskazówki. W końcu decydujemy się, na najłatwiejszy chyba wariant: Żabi Niżni z Owczej Przełęczy. Następnego dnia, ze względu na napływ „podłogowiczów” i wyłączenie kuchni dla wczesnoporannych działań kulinarnych, śniadanie jemy przed schroniskiem. Poranek jest bardzo chłodny. Wychodzimy i po głowie zaczynają nam krążyć pomysły by zrobić tego dnia dwie trasy, dodatkowo jeszcze Niżnie Rysy. Zatem postanowione. Nad Czarnym Stawem odnajdujemy perci prowadzące w kierunku Owczej Przełęczy – wrócimy tam po południu. Tym razem bez problemu odnajdujemy żleb prowadzący w kierunku Niżnich Rysów. Skały po nocy miejscami są zalodzone. Szeroki żleb prowadzący do samego niemal wierzchołka okazuje się przyjazny, w końcówce można iść też po skałach z jego lewej strony. Dalej łatwa grań i 3 minuty do szczytu. Na naszym wierzchołku jest dużo miejsca – obserwujemy, jak sąsiednie, wyższe o kilkadziesiąt metrów, bliźniacze szczyty Rysów, szybko zapełniają się ludźmi. Ich północne stoki są jeszcze bardzo mocno zalodzone. Zalodzone wierzchołki Rysów ze szczytu Rysów Niżnich A u nas - panorama równie wspaniała, dodatkowo - cisza gratis. Siedzimy ponad pół godziny. Fragment Doliny Żabiej Białczańskiej z Niżnich Rysów Schodzimy, tradycyjnie już, bardzo powoli, nawet, gdy nie wymaga tego konfiguracja terenu, pamiętając, iż „wolne tempo rano, zapewnia drugą parę nóg wieczorem”. W górę idzie mnóstwo ludzi, a tuż ponad Bulą (szlak biegnie tędy od niedawna), tworzy się piękne widokowo miejsce masowego wypoczynku. Po godzinie 13-tej moczymy nogi w Czarnym Stawie. Pogoda świetna, kolor muraw już wyraźnie przełamuje się w jesienny. Przed nami najważniejszy punkt programu: Owcza Przełęcz. Pamiętając przestrogi, że właśnie tego typu drogi, wyerodowane, bez pewnych chwytów, mało chodzone, są najniebezpieczniejsze, rozpoczynamy podejście. Główne trudności, jakich się tu spodziewamy to stromizny i niejasny w terenie przebieg perci. Niby już wiemy o niej wszystko, z tą adnotacją, że nigdy tam nie byliśmy. Początek, to przejście wzdłuż kosówki wyraźną, przechodzącą potem w zakosy ścieżką. Dalej perć rozwidla się i podprowadza pod wyloty dwóch żlebików. Wg opisów, prawy, częściowo trawiasty jest łatwiejszy. Mimo wszystko, też nie jest w nim bezpiecznie (zwłaszcza bez kasku). Nachylenie terenu z każdym krokiem wzrasta, w końcu wychodzimy ścianką z lewej strony żlebu i z radością odnajdujemy ciąg dalszy ścieżki. Przebieg tej drogi powyżej żlebów, już na mapie jest trochę poplątany – wychodzące z ponad nich perci, a w zasadzie ich ślady (są kopczyki), kilkakrotnie się krzyżują. W ciągu dalszych minut poznajemy znaczenie przestróg Paryskich: „strome trawki”. Miejscami trzeba trzymać się kosówek, tu przydałby się, choć jeden kijek… Droga w końcu prostuje się i na lewo widać przełęcz. Dzięki Bogu. Tam długo nie zabawiamy, bo czasu nie ma wiele. Perci prowadzące w kierunku Żabiego Szczytu Niżniego wiodą po słowackiej stronie, trawersując zbocza Marusarzowej Turni. Dalej trawiastym wypłaszczeniem podchodzi się pod sam wierzchołek i tylko jakieś ostatnich 15 metrów jest w skałach. Mimo niepozornej, raczej wysokości (2098 m n p m) widoki tego szczytu są „prawdziwie tatrzańskie”. Z obu stron szczytu najeżone granie. Wzruszenie wynika też z pewnością z odkrywania nowej, zupełnie innej perspektywy. Widok z Żabiego Niżniego na południe Lekki żal wywołują ciemności, jakie zaległy już w kotlinie Morskiego Oka. Niespodziewanie, od strony Żabiej Czuby słychać głosy. Po kilku chwilach, na grani dostrzegamy kaski i sylwetki znajomych ze schroniska. Fakt, że nie będziemy schodzić sami jest budujący. Mamy sporo zarówno w nogach jak i na plecach. Schodzenie okazuje się być trudniejsze orientacyjnie – w pewnym momencie, mimo iż prowadzi osoba z pewnością doświadczona bardziej niż my, na grzędzie rozdzielającej żleby idziemy źle i trzeba się wycofać. Mimo wcześniejszych obaw, bezkolizyjnie dla siebie i idących poniżej, pokonuję stromy odcinek żlebu. Myślami jestem już przy kolejnym wejściu na ten szczyt – wcześniej*. Widoki i doznania z podejścia pod grań opisywane były już ponad 100 lat temu: „Gdybyś mnie zechciał kiedy posłuchać, szanowny czytelniku, i nie kwapił się tak do powrotu, to radziłbym ci – zamówiwszy sobie, rozumie się, odpowiednia pogodę – pójść znad Morskiego Oka, nie oglądając się poza siebie, tak około 150 do 200 kroków pod górę ku Żabiemu, i to koniecznie między pierwszą a czwartą po południu. Potem zwróć się nagle i spojrzyj w Morskie Oko, czy jeśli je tak wolisz nazywać, Czarny Staw. Przyznasz mi wtedy, że to jest równie cudny, jak niezwykły efekt” (T. Chałubiński, 1878). Niestety - tym razem nie popatrzymy w zwierciadła stawów, jak przez olbrzymi czarodziejski pierścień, tworzący obraz blaskiem oblanych prostopadłych ścian, podwojony przez odbicia w wodzie… - zachodnie otoczenie obu jezior zdaje się już drzemać. Tymczasem schodzący z nami wspinacze, mają obawy, czy nad Czarnym Stawem nie będzie oczekiwać nas komitet powitalny, gdyż rejon ten jest zamknięty dla uprawiania taternictwa. Powitania jednak nie było. Za to kolega, tuż przed kosówkami, już prawie na samym dole drogi poślizgnął się. Ratując się przed upadkiem, nieszczęśliwie i na tyle skutecznie rozciął dłoń, iż przez moment rozważaliśmy podarcie koszulki na prowizoryczne bandaże. W zapadających ciemnościach dobijamy do schroniska, tłumy jeszcze większe niż rano. Przez ten wypadek z ręką, jutro pewnie już nigdzie nie pójdziemy. Pozostaje się upić, co w tym przypadku też nie jest proste, bo w kuchni rozkładają się do snu i trzeba to pomieszczenie opuścić. Rano żegnamy schronisko. Niezrealizowany pozostał temat Białczańskiej Przełęczy Wyżniej. Jednak, na podstawie własnych spostrzeżeń i wg uzyskanych informacji, droga ta jest jeszcze bardziej stroma i trudna orientacyjnie - aczkolwiek kilka dni wcześniej widzieliśmy schodzące z tej przełęczy dwie osoby. Może po prostu trzeba psychicznie dojrzeć do tego wejścia. Schodząc odwiedzam (wstyd przyznać – pierwszy raz :-) - Rusinową Polanę, po jakimś czasie wypędza mnie z niej chęć spożycia treściwego obiadu. Towarzyszy mi przeświadczenie, iż była to dopiero pierwsza część poszukiwań wokół Morskiego Oka. Oby tylko zima nie przyszła zbyt wcześnie. * byłem na początku października i to o 9-tej rano Wiecej zdjęć z tamtego rejonu http://bogus.foobar2000.org/gallery2/v/35/?g2_page=5 (zdjęcia począwszy od 508)
|