Top Module Empty
Bez GPS Email
środa, 14 marca 2007 17:33

Bez GPS


<tekst: Basia Z.>
(czytać z mapą Beskidu Sądeckiego)

W wczesnowiosennej porze wybierałam się jak co roku na kolejny “meeting” pl.rec.gory pod nazwą “biwak zimowy”. W tym roku na początku marca pogoda była raczej wiosenna niż zimowa. Starałam się ograniczać wielkość plecaka, po ustaleniach z gospodarzami “biwaku” nie zabrałam również namiotu ale za to w związku z niedawnymi dyskusjami na pl.rec.gory, kiedy to zarzucono mi “nie dyskutuj o potrzebie używania GPS w górach, bo się na tym nie znasz” chciałam zabrać ze sobą pożyczony GPS, aby się trochę w jego używaniu podszkolić.


No tak jednak wyszło, że w końcu rzeczonego GPS-a nie zabrałam.

Planowałam dojechać w piątek wieczorem do Rytra, podejść do schroniska na Cyrli, odwiedzić dawno nie widziane a bardzo miłe miejsce i sympatycznych właścicieli tego schroniska – Irenę i Jacka, a w sobotę przejść spacerkiem do przysiółka Fiedorki nad doliną Kokuszka, gdzie w prywatnym domu naszego kolegi Tomka odbywało się spotkanie.

W piątek przed południem jeszcze zamykałam w programach księgowych rok 2006, byłam z chorym akurat Maćkiem u lekarza, wymieniłam z kolegami kilka maili, no jednym słowem normalnie pracowałam. Wyjechałam z Katowic pociągiem o 15.28, do Rytra udało mi się dotrzeć około godz. 21. Było ciemno jak u przysłowiowego murzyna w nosie, padał drobny nieprzyjemny deszczyk. Założyłam ochraniacze, wyjęłam latarkę i kijki i około 21.20 ruszyłam do góry. Na Cyrlę prowadzi dość wybitnym grzbietem czerwony szlak, ale nie jest to ani droga optymalna, ani też ciekawa. Planowałam podejście znanym mi “skrótem” przez przysiółek Makowica, położony na stokach szczytu o tej samej nazwie. Do Makowicy prowadzi z dołu całkiem porządna, przejezdna dla samochodu terenowego droga, którą dowozi się również zaopatrzenie do schroniska. Skrót ścina dość mocno jej serpentyny i stromo wyprowadza na polany na których położonych jest kilka gospodarstw przysiółka. Najpierw trzeba dojść wąską szosą ponad zamek w Rytrze. Ponad zamkiem, w miejscu gdzie droga, o której mowa wyżej gwałtownie skręca w lewo, a szlak czerwony w prawo należy iść prosto. Po lewej stronie zostawia się samotną leśniczówkę i zaraz za nią skręca w lewo w las. Idąc wzdłuż słupów niskiego napięcia podchodzi się stromą wąska ścieżką aż do polan na których położone jest osiedle i ponownie do drogi jezdnej.

Znam ten skrót, chodziłam nim kilka razy, ale zawsze zimą, teraz – bez śniegu wyglądało to wszystko nieco inaczej.

Minęłam leśniczówkę, po drodze “topiąc się” kilka razy w błocie do połowy łydki. We mgle musiałam przegapić odejście w lewo stosunkowo wąskiej ścieżki. Przekroczyłam potok i zaczęłam się wznosić coraz bardziej stromą drogą do zrywki drewna. Już po około 200 m od przekroczenia potoku zorientowałam się, że nie idę planowaną trasą, bo po lewej stronie mam coraz głębszy jar, którego tam nie powinno być. Jednak zwyczajnie nie chciało mi się wracać i szłam dalej do przodu. Droga była całkiem szeroka, chociaż błotnista. Miałam świadomość, że z mojej lewej strony, gdzieś za jarem znajduje się droga dojazdowa do Makowicy a grzbietem z prawej strony prowadzi szlak czerwony. Obie trasy spotykają się około 100 m przed schroniskiem.

Dolina, którą się poruszałam była prosta jak strzelił., oglądając się za siebie widziałam cały czas światełka wyciągu narciarskiego ponad Rytrem, jednak aby cokolwiek więcej zobaczyć na “dalszym planie” musiałam gasić latarkę, bo w jej świetle widziałam tylko drogę i las w promieniu około 10 m.

No to w pokapującym deszczyku szłam sobie i szłam coraz bardziej stromą drogą, aż ta ni stąd ni zowąd się skończyła. W pobliżu leżało kilka ściętych dorodnych buków, jakieś gałęzie, na drzewie wisiały rękawice i maska do cięcia drewna. Miałam teraz do wyboru iść w lewo kierunku niewidocznej stąd Makowicy (z tamtej strony słychać było szczekanie psów), ale od niej odgradzał mnie głęboki jar, lub drzeć w prawo stromo w górę na grzbiet do szlaku czerwonego. Wybrałam to drugie rozwiązanie.

I tak podchodząc po chaszczach po ciemku, w deszczu i mgle przez stromy las, znowu miałam to wspaniałe uczucie, ze moje miejsce jest dokładnie tutaj – w bukowym lesie, nie w pracy przed komputerem, ale tutaj – w mokrym bukowym lesie jestem u siebie. Chciało mi się z radości śpiewać i nawet coś tam nuciłam, ale nie za głośno bo było mocno pod górę.

Koło mnie przeszedł chyba lis, bo silnie powiało “pieskim” smrodem. Po półgodzinnym podejściu dotarłam do grzbietu, ale szlaku na nim nie było. Za grzbietem był kolejny stromy jar, a dopiero za nim kolejny grzbiet, po którym prawdopodobnie biegł szlak. No to cóż było robić – poszłam tym “swoim” grzbietem do góry, gdzieś tam w górze one wszystkie się łączą. Grzbiet powoli się wypłaszczał, szło się wygodnie, bo nie było tu błota, a las nie był poprzerastany chaszczami, było nawet coś w rodzaju ścieżki. Po kolejnych 15 minutach łagodniejszego podejścia dotarłam do poprzecznej, trawersującej grzbiet drogi. O dziwo droga była zaznaczona na mapie i doprowadzała wg tejże mapy do przysiółka Makowica w połowie wysokości polany. Kiedy tak sobie deliberowałam co lepiej zrobić – czy iść drogą w kierunku Makowicy, czy dalej grzbietem wprost do góry zobaczyłam nagle światła samochodu jadącego drogą przez Makowicę w stronę Cyrli. Jak się potem okazało, byli to koledzy jadący na Cyrlę samochodem terenowym. Byłam prawie dokładnie na wysokości przysiółka, ale oddalona od niego co najmniej o trzy kolejne jary.

Zdecydowałam się zaufać drodze. Był to klasyczny, bardzo wygodny płaj, przecinający poziomo stromy stok, lekko obniżający się w kolejne jary i wznoszący na rozdzielające je grzbieciki. Bałam się tylko czy droga znowu się nagle nie skończy, ale prowadziła mnie dość pewnie. Pod sam koniec, już około 200 m od Makowicy w której świeciły się tylko jedne okna płaj zaczął się gwałtownie obniżać. Nie bardzo mi się chciało tracić z trudem osiągniętej wysokości, a tu w prawo, nieco w tył w stosunku do mojego kierunku marszu odgałęziała się stromo w górę kolejna szeroka i wygodna droga. Tym razem wybrałam jednak “znane” i podążyłam prosto w kierunku Makowicy. We wsi, przed tym jedynym oświetlonym domem opadły mnie psy. Były tylko dwa, a szczekały za 20 psów. W świetle mojej latarki świeciły ich oczy, u jednego z psów dwukolorowe – jedno zielone, drugie pomarańczowe. Na szczęście psy poprzestały na dokładnym oszczekaniu mnie i “przegonieniu poza swoje terytorium”. Wznosząc się pomiędzy ciemnymi domami osiągnęłam w końcu drogę jezdną. Teraz tylko jeszcze dobrze znany stromy zakręt, potem krótki odcinek po równym, z prawej strony dochodzi do drogi szlak czerwony i już w odległości 100 m widać mimo mgły rozświetlony budynek schroniska. To jeden z najmilszych momentów na każdej wędrówce – zapowiedź ciepłej herbaty i ciepłego kominka. Nie samo schronisko – ale dochodzenie do schroniska.

Przed schronem na ganku zauważyłam ze ktoś siedzi i pali papierosa. Okazało się, że to Tomek – jeden z naszej “preclowej” ekipy dojechał tu samochodem ze swoją dziewczyną i z kolegą.

Jacek był tak miły i sprzedał mi jeszcze jedno piwo, dostałam też klucze do pokoju. Spałam tym razem (po raz pierwszy) w dwuosobowym małżeńskim łożu, niestety sama. Taaa, samotne chodzenie po górach jest wspaniałe, ale w tym łóżku przydałby się jeszcze Ktoś. Tak sobie nad tym dumając szybko zasnęłam.

Kolejna dwa dni – to inna bajka – sobotnie spotkanie na Cyrli z “preclową” ekipą, wspaniałe, pokręcone wiatrem buki na grzbiecie w kierunku Kokuszki, sympatyczne wieczorne rozmowy przy winie i “herbatce”, piosenki “Domu o Zielonych Progach”, kolejny nocleg, tym razem na werandzie, piękna wiosenna pogoda w niedzielę rano, taka że bardzo żal było wyjeżdżać.

I tak sobie myślę, czy gdyby tak reklamowany GPS zaprowadziłby mnie “jak po sznurku” do schroniska, czy byłoby w tym mokrym bukowym lesie tak wspaniale ? Mnie ciągnie w góry element niepewności i przygody i tym bardziej cieszy potem dochodzenie do schroniska. Nie lubię być prowadzona “jak po sznurku”, chodzę sobie to tu to tam, nie ważne czy dojdę z dołu do schroniska w czasie 1,5 godz czy 2,5 godz. Ważny jest moment satysfakcji, że drogę wybrałam dobrze, sprawdzenie swoich umiejętności, oderwanie od codzienności w czasie której niemal cały czas obcuję z elektroniką.

W czasie wycieczki byłam sama – tylko ja i las, czułam się częścią tego lasu. Czy “idąc jak po sznurku” też bym się tak czuła ? Nie wiem.
Poprawiony: niedziela, 25 marca 2007 15:05