Strona główna Opowiadania W cieniu modrzewiowej symfonii - część druga
Top Module Empty
W cieniu modrzewiowej symfonii - część druga

<tekst: Ula>

W cieniu modrzewiowej symfonii - część druga

Krzeptówki - dom w towarzystwie modrzewi. Dziwne magiczne miejsce. Są takie miejsca z których chce się uciekać natychmiast, są też takie, które emanują niewytłumaczalnym pięknem. Na czym polegał urok domu na Krzeptówkach? Pani Wanda nade wszystko. Magda dzwoniła na Krzeptówki ilekroć pomyślała o Tatrach. Niekiedy pod wpływem nagłej,  niemożliwej do zignorowania potrzeby, chciała wiedzieć jak dzisiaj wyglądają Tatry.

-  Dzień dobry, pani Wando
-  Magda? Jak miło cię słyszeć.
-  Słuchaj, góry są dzisiaj tak piękne, skąpane w słońcu, niebo lazurowe, ani jednej chmurki - błyszczy Giewont.
- Wiesz, gdzie się dzisiaj wybieram ? Do Pięciu Stawów przez Świstówkę, za chwilę wychodzę.
- Proszę pozdrowić Ducha Gór i niech się Pani pokłoni Tatrom ode mnie.
- Oczywiście, ale nie każ im tak długo czekać na siebie, przyjeżdżaj !

Przyjadę wkrótce - pomyślała . I tak było najczęściej, jechała do Zakopanego szybciej niż zakładała.

Dom na Krzeptówkach - to miejsce powinien lekarz przypisywać jako kurację antystresową. To był jej drugi dom - azyl o jakim zawsze marzyła. Magda znała tam więcej ludzi niż u siebie na osiedlu. Znała stałe elementy rzeczywistości górali sąsiadującym z domem pani Wandy. Codziennie rano budził ją stukot kopyt końskich o betonowe płyty. Góral  mieszkający w pobliżu, wcześnie rano jechał bryczką, ciągnąc przyczepkę z młodą klaczą . Dowiedziała się od pani Wandy, że w ten sposób zarabia na życie, pod Wielka Krokwią - tam było miejsce pracy górala i klaczy. Wracając wieczorem, Magda widywała tego górala od klaczy pod sklepem. Biedna klacz niecierpliwie  stąpała  nogami w tej ciasnej przyczepce, a jej właściciel zaliczał kolejne piwo. Zasypiając, około godziny 24 - tej  Magda znowu słyszała stukot kopyt i śpiew górala . I ten scenariusz powtarzał się codziennie.

Kominek można mieć wszędzie, ale ten u pani Wandy miał swój klimat. Pokochała to miejsce przy kominku. Kiedy przychodziły deszczowe, chłodne dni, pani Wanda rozpalała w kominku. Magda siadała  na swoim ulubionym miejscu. Bardzo lubiła myśleć o życiu, ludziach jej bliskich, a buzujący ogień sprzyjał marzeniom pełnym ciepła i światła. Miała marzenia, niektóre z nich się spełniły, a jeśli nawet się nie spełniły, to cieszyła się, że je miała...

Rozmawiały z panią  Wandą całymi godzinami, wszyscy goście  dawno już spali, one  snuły długie opowieści o życiu, takim - jakie jest.

- Magda wiesz? kiedy jesteś tutaj u mnie, to nawet jeśli pada deszcz, to i tak dla mnie świeci słonce. Masz w sobie tę dziecinną ciekawość świata, odmienność i młodzieńczy entuzjazm.
- Skąd u ciebie ten odwieczny optymizm?
- Tak działają na mnie Tatry, tutaj zawsze ubywa mi lat, a przybywa energii i chęci do życia. I  kiedy spotyka się takich ludzi jak pani, co można chcieć więcej?
- No dobra, już zmykaj spać, bo jest późno, a Rysy pozostaną wciąż  nie zdobyte.

Tak, to będzie druga próba, pierwsza była nieudana z powodu burzy w ubiegłe lato.

Mogła dawno już wejść na ten szczyt od strony słowackiej, lecz ambicja nie pozwoliła jej na to. Pierwszy wejście na Rysy od strony polskiej, potem, to już bez znaczenia.

 Szlak na Rysy jak zawsze o tej porze roku zatłoczony. Mogłam wyjść wcześniej – myślała - robiąc miejsce przejścia  turystom schodzącym już z Rysów. Zatrzymała się na chwilę, mając okazję popatrzeć na góry . Bula pod Rysami - miejsce ostatecznej decyzji dla niezdecydowanych turystów. Idą wyżej, bądź  zostają czekając na tych odważnych, którzy nie wycofali się z wybranego celu - pełni determinacji. Magda poczuła się dumna z siebie widząc piątkę młodych ludzi wahających się... iść dalej, czy nie? Jeden się zdecydował - my poczekamy tutaj, a ty  bohaterze idź – powodzenia !.

- No, co wy nie zostawiajcie mnie samego, mam ginąc w samotności - żartował ten zdecydowany. Poszedł.

 Magda  niecierpliwie spoglądała w kierunku szczytu Rysów, szlak okrążał szczyt od południa i zachodu, już niebawem tam będzie...cieszyła się na myśl o widokach ze szczytu - niebo prawie bezchmurne. Dotarła - była na najwyższym szczycie polskich Tatr. Ogromna satysfakcja - chyba wszyscy to czują , gdy znajdą się pierwszy raz  Czas miała dobry, niespełna trzy godziny od Morskiego Oka. Była trochę zmęczona, ale za to bardzo szczęśliwa. Wspaniale rozległe widoki... trzeba mieć szczęście, by trafić na tak dobrą pogodę. Siedziała w skupieniu oczarowana dziełem natury, mnóstwo ludzi na szczycie - ona była wyłączona ... kontemplowała widoki...

Opowie zaraz o tym Konradowi, koniecznie musi to mu powiedzieć. Kiedy wyjeżdżała w Tatry, życzył jej zdobycia Rysów, na pewno czeka na wiadomość od niej. Wysłała sms-a:

"Jestem na Rysach. Zmęczona, ale za to bardzo szczęśliwa, uśmiecham się... ten uśmiech posyłam Tobie- z najwyższego szczytu polskich Tatr. "

 Odpowiedział natychmiast :

"Wielkie Gratulacje ! Magda podziwiam cię za siłę woli i jestem dumny z ciebie. Chciałbym patrzeć teraz twoimi oczami...tak bardzo chciałbym być tam z Tobą..."

Nie mógł być, był setki kilometrów od niej - geograficznie bardzo daleko. 

Magda powoli zaczęła się zbierać, licząc w myślach, ile czasu zajmie jej schodzenie. Zawsze schodzenie  było dla niej zdecydowanie łatwiejsze niż wspinanie . Dziwne, u większości  ludzi było zupełnie odwrotnie, większe trudności odczuwali przy schodzeniu. Podniosła się sprawdzając, czy wszystko zapakowała do plecaka, siedziała ponad  dwie godziny, miała taki nawyk - rozejrzeć się w miejscu którym siedziała, by  czegoś nie zostawić. W ostatniej chwili przyszło jej na myśl - kamień z Rysów, musi mieć. Wzięła dwa, jeden dla Konrada - tak dla niego.  ,,Był z nią  tutaj,, kiedy się spotkają da mu ten cenny prezent - od niej.

Wysiadła z busa  przy Krupówkach.Dopiero teraz poczuła, kiedy emocje nieco opadły jak bardzo bolą ją nogi i jak strasznie jest głodna. Miała swoje ulubione knajpki, a tą o której myślała odwiedzała  najczęściej. Tam zawsze odczuwała obecność Konrada - pamiętny wieczór spędzony  z nim dwa lata temu, szmat czasu, a wspomnienia wciąż takie żywe, krystaliczne, jakby to było wczoraj. On też czuł jej obecność w tej restauracji. Będąc w Zakopanem wysłał z tego miejsca sms-a :

"Pełno tu ludzi, ale nie ma ciebie. Wróć do tego magicznego miejsca".

Muszę coś zjeść ciepłego i wypić piwo - zdecydowała szybko. Piwo tutaj w Zakopanem smakowało  jak nigdzie na świecie. Po całodziennej wędrówce  lubiła siedzieć, słuchając góralskiej mużyki, popijając piwo i rozkoszując się każdym dniem spędzonym  w Tatrach. Dzisiaj też ... piła piwo . Za wejście na Rysy i za Konrada, za to, że nie mógł być z nią. Zasiedziała się trochę nie kontrolując czasu, obserwując rozbawionych gości . Nie śpieszyła  się właściwie, chciała przedłużyć ten dzień, chciała, by wciąż trwał...

Punktualność  nigdy nie była jej mocną stroną. Spóźniała się zawsze i wszędzie. Teraz też  wracała na kwaterę spóźniona co najmniej dwie godziny. Pani Wanda niecierpliwiła się, co chwilę wyglądając przez okno. Martwiła się o nią - poszła na Rysy, Boże może coś jej się stało złego, dlaczego jej tak długo nie ma ? myślała. Nie wytrzymała dłużej, wyszła na ulicę,  nie mogła spokojnie czekać. Magda, gdy tylko ukazała się zza zakrętu drogi,  pani Wanda poczuła prawdziwą ulgę.

- Magda, jak dobrze, że jesteś, tak bardzo martwiłam się o Ciebie, czy wszystko w porządku? - zapytała, widząc zmęczoną  Magdę.
- Tak,  Rysy zdobyte, a potem  włóczyłam  się trochę po Krupówkach, zasiedziałam się przy piwie, chciałam uczcić na gorąco po zejściu na dół.
- Cała  ty - mogłaś zadzwonić, powiedzieć.
- Mogłam, powinnam pani Wando, bardzo przepraszam, przyrzekam ! To był ostatni raz!
- No dobrze, a teraz kąpiel, gorąca herbata z rumem i do łóżka, widzę, że padasz  z nóg. Jutro mi wszystko opowiesz.  Była wzruszona  tą dobrocią pani Wandy, dbała o nią jak o własną córkę.

Rano pierwsza przed Magdą wstawała, szła do sklepu po zakupy i kiedy Magda wstawała śniadanie już czekało na nią. Pani Wanda dbała, by  Magda się wysypiała. Ich pokoje sąsiadowały ze sobą. Cichutko zamykała drzwi nie chcąc robić hałasu, nawet z odkurzaniem czekała, by tylko Magda wstała wypoczęta. A ona lubiła długo spać, prawie zawsze wychodziła  jako ostatnia w góry  z tego domu. Kanapki również były już  przygotowane dla Magdy, o których często zapominała.

Pani Wanda dopadała ją już w drzwiach wciskając do plecaka. Czyniła to zupełnie bezinteresownie. Czy są jeszcze dzisiaj tacy ludzie? Magda często zadawała sobie takie pytanie.

*  *  *

Mieli się spotkać tego lata, tutaj w Zakopanem. Konrad w czasie swoich wyjazdów służbowych zaplanował także spotkanie, znalazł czas nie po raz pierwszy dla niej, przekładając wiele pilnych spraw. Znalazł miejsce dla niej w swoim życiu. Ona szukała tego miejsca dla niego. Chciała, bardzo chciała, wiedział o tym i czekał  kiedy będzie gotowa. Uparcie czekał.

Ten mężczyzna wypełnił jej całe życie, był z nią w każdej chwili, wszędzie. Znał ja lepiej niż ktokolwiek, rozmawiali o wszystkim. Nie było chyba  tematu, którego, by nie poruszyli w swoim rozmowach. Lubił ja zaskakiwać czymś miłych, a ona uwielbiała te jego niespodzianki .

Dobrze pamięta dzień, w którym zadzwonił jej telefon :

- Czy rozmawiam z panią Magdą  ?  wymieniając jeszcze nazwisko – zapytała  prezenterka jednej ze znanych stacji radiowych.
- Tak, oczywiście - odpowiedziała zaskoczona Magda.
- Mam dla pani specjalną dedykację muzyczną, podając tytuł i wykonawcę utworu.
- Czy domyśla się pani, kto jest autorem tej dedykacji?
- Proszę podać imię i nazwisko.

Bez chwili wahania odpowiedziała. Wiedziała jakiej stacji radiowej od lat słucha Konrad.

Tylko on znał tak dobrze jej gust muzyczny i tylko on wiedział  jaką piosenkę Magda chciałaby usłyszeć właśnie od niego. Słuchała tego utworu :  ... a łzy popłyną cichutko, bo pragnę  ciebie zatrzymać jak czas magicznie zaklęty...wdzierały jej się te słowa  do uszu, płynące z radia. Za oknem padał deszcz  wiosenny, ciepły, majowy.

Wyrażał swoje uczucia nie wprost, ale poprzez teksty piosenek, czasem próbował swoich sił pisząc do niej prozą, wierszem, przesyłając  w chwili największej tęsknoty za nią. Nie był zbyt wylewny w uczuciach, Magda odczytywała to gdzieś miedzy wierszami.

I tym razem los zadrwił, nie spotkali się w Zakopanem. Magdę zatrzymały sprawy rodzinne. Przyjechała do Zakopanego trzy dni później. Konrad  był  już daleko, nie mógł  na nią czekać.

Miała już za sobą wszystkie szlaki znakowane w Tatrach. Na niektóre z nich z prawdziwą przyjemnością wchodziła kolejny raz, takie jak : Zawrat, Krzyżne, Szpiglasową i inne...

Pomyślała o tym, by spróbować  sił  na szlakach nie znakowanych w towarzystwie przewodnika.

Nie bała się wysokości, była sprawna fizycznie, niektórzy z zazdrością patrzyli, jak pomyka lekko, niczym kozica po skałach. Lubiła obserwować taterników wspinających się na Zamarłej Turni - idąc na Kozią Przełęcz. Na Kościelcu z podziwem patrzyła na kobietę w uprzęży  i asekurującego jej mężczyznę. Siedziała na szczycie do chwili, aż  zobaczyła kobietę  na północnej ścianie Kościelca. Pomyślała, że czas zacząć, teraz była bardzo blisko tej decyzji .Czuła, że nie może się dłużej zastanawiać. Oznajmiła to na forum rodzinnym w trakcie spotkania rodzinnego. Wszyscy się temu ostro sprzeciwili, jedynie  ojciec nie powiedział nic, a kiedy zostali sami, zapytał.

- Czy ty do czegoś biegniesz, czy przed czymś uciekasz ? Ale to bez znaczenia, masz moją zgodę. Jestem z ciebie dumny ! Zawsze do niej  tak mówił, kiedy była dzieckiem, nastolatką, nawet teraz,  choć nie zawsze miał powody do dumy z niej. Te słowa bardzo ją wzruszały. Długo nie mogła zasnąć tej nocy. Zastanawiała się nad słowami ojca, co miał na myśli mówiąc te słowa.

Biegła do czegoś, czy uciekała przed czymś?

Siedziała na tarasie domu, na stole parowały dwie filiżanki herbaty. Lekki wiatr kołysał delikatnie gałązkami modrzewi. Zapadał zmrok, Giewont wtapiał się powoli w ciemność nocy... kończył się ostatni dzień  pobytu w Tatrach, ostatnia noc u pani Wandy.  Chciała pożegnać to miejsce na swój sposób. Nastrój tego wieczoru był trudny do uchwycenia... radość mieszała się ze smutkiem.

Radość - bo w końcu pomieszka w domu .Całe wakacje upłynęły jej na rozmaitych wyjazdach . Tęskniła już za swoimi ulubionym miejscem w domu, wśród  bliskich.

Smutek - bo opuszczała Tatry już jutro i nie  wiedziała  nawet, kiedy wróci tu ponownie. Na pewno nie szybko. Czekało ją wiele nowych przedsięwzięć na polu zawodowym, trudno będzie jej się urwać na kilka dni jak dotychczas.

- Magda, mówię do ciebie. Wyrwała ją z rozmyślań pani Wanda.
- Napijemy się czegoś mocniejszego na pożegnanie?
- Koniecznie pani Wando, na trzeźwo wszystko jest takie trudne...

Niby czuła się spełniona, Rysy zdobyte,  jako ostatni szczyt ze szlaków znakowanych po polskiej stronie . Tatry Słowackie - od niedawna zaczęła je poznawać... ale nie ma pośpiechu, trzeba się nimi delektować, zdobywając kolejne szczyty... Wysoka – wciąż  pozostaje w sferze marzeń. Może kiedyś...

Dużo jeszcze wyzwań przed nią, lubiła sobie stawiać cele, podnosić  wciąż  poprzeczkę. Zawsze pociągało ją to, co tajemnicze, nawet czasem niebezpieczne. Lubiła pokonywać bariery w swoim życiu, pokonywać samą siebie.

To nadawało sens i czyniło jej życie pełnym treści.

Konrad - to imię dźwięczało jej w uszach, pachniało kosodrzewiną , tatrzańskim deszczem.

To imię miało swoją wymowę, swoje brzmienie . Tęskniła za nim dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek i marzyła... Marzyła o nim, myślała o tych  jego cholernie ciemnych oczach ... była pełna uległości i słodyczy.

Gdyby tylko był tutaj z nią . Gdyby był... Mówił do niej, wtedy gdy umawiali się na spotkanie....

- Magda, całe dwa dni z tobą w górach - cieszysz się?
- Naszych górach, nawet nie wiesz jak bardzo - odpowiedziała.

*  *  *

- Magda, zostawiłaś książkę w pokoju, ale już nie wracaj, przyniosę, bo to zły znak ponoć. Powiedziała pani Wanda - wychylając się z okna.
- Dziękuję - odpowiedziała Magda upychając bagaże w samochodzie.

Była dzisiaj smutna i dziwnie milcząca, już za chwilę musi pożegnać się z panią Wandą . Nie lubiła tych pożegnań. Zawsze w takich momentach ściskało ją w gardle. Z trudem powstrzymywała łzy.

- Gdy będziesz na miejscu – zadzwoń, chcę wiedzieć, czy szczęśliwie dojechałaś. Ale zanim odjedziesz, powiedz mi, kiedy znów przyjedziesz do mnie?
- Nie wiem, naprawdę nie wiem, może jesienią, ale to wątpliwe - rozważała Magda.

- A ja wierzę, że przyjedziesz  szybko, bo za bardzo kochasz Tatry i nie wytrzymasz długo bez nich. Góry  jesienią - równie piękne jak wiosną , czy latem. Wprawdzie słońce świeci krócej, nie śpiewają  ptaki i nie kwitną te słodkie niezapominajki ulubione przez Magdę, ale za to pojawiają się wszystkie istniejące w przyrodzie odcienie żółci i brązów, a nieliczni wędrowcy spotykający się prawie na pustych szlakach mogą  powrócić do miłego zwyczaju pozdrawiania się nawzajem.
- No tak  pani Wando, ale  tak właściwie  ja nigdy jeszcze nie byłam tutaj w okresie Świat Bożego Narodzenia, a marzyłam o tym nie raz. Właśnie, a może zaplanuję taki wyjazd?

Wigilia u podnóża Tatr...kolędy po góralsku, choinka, zimowa sceneria, spacery wśród śnieżnych alei - rozmarzyła się Magda.

- Musze, po prostu muszę przyjechać do Zakopanego, do Pani na święta.
- Naprawdę przyjedziesz - pytała  zadowolona  z tego pomysłu pani Wanda.
- Tak postaram się, zrobię wszystko, żeby przyjechać.
- To wspaniale - cieszyła się pani Wanda. Wspólna Wigilia, opłatek, pasterka w kościółku Matki Bożej Jaworzańskiej na Wiktorówkach . I góry - wycieczka do Chochołowskiej ....wyliczała  pani Wanda kolejno, to co ich czeka obie w najbliższe  Święta  Bożego Narodzenia...
- Już się nie mogę  doczekać... w święta  zawsze jestem bardzo samotna. Moja córka, syn  nie są związani z tym miejscem, spędzają  święta u siebie z własnymi dziećmi. Ja właściwie nie mam wyboru, musze być tutaj . Musze przyjmować gości w święta , później Sylwester, Nowy Rok.
- Wiesz , że na Sylwestra przyjeżdżają do mnie od kilku lat ci sami ludzi - grupa młodych ludzi. Rezerwują wszystkie pokoje. Zabawę sylwestrową urządzają w kuchni. Stoły wędrują pod ścianę, a na środku kuchni i korytarzu odbywają  się  tańce. Jak oni wspaniale się bawią, grzecznie, kulturalnie. Mnie też zapraszają do wspólnej zabawy, nie odmawiam. Bawię  się  z nimi do północy, a potem idę do siebie spać .Choć trudno mówić o spaniu, kiedy ucho musi znosić tyle decybeli. Ale, co tam, ja zdążę się  wyspać, młodzi są, niech się bawią. Lubię patrzeć na młodych ludzi. Podoba mi się ich sposób postrzegania świata, ich żywioł. Lubię jak się coś dzieje. Po ich  wyjeździe jest tak cicho i pusto...

 Żegnały się ...ściskając się mocno. Do zobaczenia - Pani Wando, ani pani się obejrzy jak będę tu znowu, to tylko cztery miesiące - pocieszała Magda.

- Przyjeżdżaj szybko, będę  czekać  na ciebie - mówiła wzruszonym głosem pani Wanda.

Długo jeszcze stała starsza pani, ukradkiem ocierając łzy i  patrząc na znikające  Magdy auto  za zakrętem ...

Zegar na ratuszu miejskim wybił godzinę 24 - tą. Magda nie spała jeszcze. Za oknem padał deszcz, ciepły, jesienny. Rozmyślała... patrzyła na światło ulicznej latarni, lubiła  wprawiać   się  w taki nastrój.

Ogarniała ją wtedy nostalgia . Tęskniła za czymś  nieokreślonym, nieuchwytnym. Stała w oknie chyba trochę smutna, analizowała ostatnie trzy lata swojego życia.

Sygnał sms-a  jej telefonu wyrwał ją z tych rozmyślań. To Konrad, zaczęła czytać:
 
"Stoję na pomoście, pada deszcz, w wodzie odbijają się światła dyskoteki. Stoję i moknę!"

Taki moment pozwala mi  pytać  życie... Dlaczego jeszcze ciebie nie poznałem? Dlaczego ???.

Znieruchomiała, czytała te słowa kilka, kilkanaście razy. Rozmawia z życiem, zadał pytanie życiu.

Dlaczego spotkał ją dopiero teraz, stojąc na progu swojego małżeństwa.

Magda wiedziała  bardzo dobrze dzisiaj, domyśliła  się skąd takie pytanie do życia.  Ona też to pytanie stawiała sobie od początku tej znajomości.

Odpowiedziała:

"Mężczyzna mojego życia spotkany za późno ! Dlaczego?"

To zabrzmiało jak decyzja!. Ich decyzja!

Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Nad ranem postanowiła, podjęła decyzję:

Jadę do Zakopanego w najbliższy weekend. Muszę, zanim znienawidzę Tatry. Rozliczyć się, oddać to wszystko, co dał mi Konrad.

Oddać, pożegnać ten rozdział życia, w którym był on i zacząć od początku wszystko.

Tatry bez Konrada, zapomnieć szybko, by nie bolało za mocno. Tylko tam, w Zakopanem, tam gdzie się wszystko zaczęło.

 Wystukała numer telefonu pani Wandy.
- Słucham - usłyszała w słuchawce obcy, męski głos.
- Przepraszam, pomyłka. Jeszcze raz dokładnie cyferka po cyferce  sprawdzając w notatniku, czy czegoś nie pomyliła.
- Halo, słucham ten sam głos znowu.

Chyba jednak coś pomyliłam, tam nie mieszka żaden mężczyzna - myślała.

Na wszelki wypadek zapytała :

- Czy mogę  rozmawiać z panią  Wandą?
- Jestem nowym właścicielem tego domu. Pani Wanda dzisiaj opuściła ten dom, wyjechała do siebie.
- Jak to ? nie rozumiem ? To niemożliwe, ja bym o tym wiedziała ! Powinnam wiedzieć !
- Córka pani Wandy podjęła  nagłą decyzję o sprzedaży domu. Ja byłem zdecydowany na kupno i miałem bardzo mało czasu na załatwienie wszystkich formalności. Jestem tylko kilka dni w Polsce i stąd ten pośpiech. 

Magda nie mogła zebrać myśli po tym co usłyszała. To chyba jakieś nieporozumienie. Zaraz wszystko się wyjaśni.  Zadzwoni na numer  telefonu komórkowego pani Wandy. Nerwowym ruchem wyszukała numer telefonu.

- Dzień dobry, mówi  Magda. Co się stało? pani Wando? Dlaczego pani nie ma w domu na Krzeptowkach, czy to jest prawda?
- Magda, bardzo cię przepraszam - usłyszała smutny głos pani Wandy.
- Nie zdążyłam ci o tym wszystkim powiedzieć. Miałam trzy dni na spakowanie się, załatwienie wszystkich spraw i wyprowadzenie się z tego domu. Głos pani Wandy łamał się, nie mogła mówić spokojnie. Miałam trzy dni,  czy można w ciągu  trzech dni przygotować się  na takie zmiany w życiu?

Ja  nie potrafiłam, nie byłam na to absolutnie przygotowana, byłam  zaskoczona  tą decyzją. Pakowałam się w pośpiechu i płakałam. Nie mogłam, nie potrafiłam  poddźwignąć  ciężaru tych lat spędzonych tutaj na Krzeptowkach - rozpłakała się, nie mogła dalej mówić...

- Magda, tak bardzo jest mi źle, nie mogę  się z tym pogodzić. Tam było moje miejsce. Pokochałam  je, pokochałam góry, przywiązałam się do ludzi, ty miałaś do mnie przyjechać na Boże Narodzenie...Czy musiało to się stać?

Opuściłam to miejsce z ciężkim  sercem... jak dalej żyć?
To  samo pytanie zadawała sobie Magda . W jednym dniu straciła dwie osoby, które były tak ważne w jej życiu. 

Zatelefonowała  jeszcze raz do nowego właściciela domu na Krzeptówkach. Zdecydowała się.

- Chciałam zarezerwować pokój u pana, jeżeli można na najbliższy weekend. Dodam jeszcze, że mieszkałam w tym domu, prawie od początku, kiedy była tam pani Wanda. Przez kilka ładnych lat, przyjeżdżałam po kilka razy w roku. Streściła szybko kilka lat  obecności w tym domu . Czuła, że musi to powiedzieć, przecięż  to jest, był jej dom, azyl, jakby to ona miała większe prawo do tego miejsca niż ten nowy właściciel - chyba chciała ten fakt podkreślić, mówiąc to wszystko - wyrzucając z siebie - zupełnie irracjonalnie.
- Może pani zarezerwować, tylko nie będzie mnie już w sobotę, a rodzice którzy będą się opiekować  tym domem, przyjadą w niedzielę rano - czy odpowiada to pani.
- Jak  najbardziej, znam ten dom jak własny, uwielbiam to miejsce, spędziłam w nim tyle czasu, nie jest to dla mnie żadnym problemem.

Nawet się  ucieszyła, że będzie sama.  Na spokojnie wszystko sobie na nowo poukłada, nikt nie będzie jej przeszkadzał. Nie miała ochoty na rozmowy z nowym gospodarzem . W pamięci  pewnie  długo pozostanie pani Wanda. Nikt i nic tego nie zmieni. Ten  dom na Krzeptówkach w towarzystwie modrzewi - to  dom pani Wandy i zarazem jej - takim pozostanie  na zawsze bez względu na wszystko.

- W takim razie czekam na panią w piątek.
- Wyjadę w czwartek w nocy, więc będę na miejscu rano - w piątek około siódmej.
 

Spakowała pośpiesznie niezbędne rzeczy. Nie zastanawiając się zbyt długo, co powinna zabrać. Nie miała absolutnie do tego głowy. Po północy w czwartek, wrzuciła plecak do samochodu i wyjechała.

Uciekasz przed czymś, czy do czegoś biegniesz? Przypomniały jej się słowa ojca - pytanie  ojca. I chyba  miała już na nie gotowa odpowiedź.

Jej myśli skupiały  się wokół dwóch osób. A może powinna wynająć inny pokój,  przecięż, to już nie jest to samo, gdy była tam pani Wanda. Może byłoby łatwiej w zupełnie innym miejscu. Obcy dom, obcy ludzie, nie przywoływaliby wspomnień,  może byłoby łatwiej pogodzić  się  z tym faktem...

Nie, jednak nie wyobrażała sobie innego miejsca. Tylko tu - u pani Wandy - choćby dla wspomnień.

Nie chce żadnego innego domu, innego pokoju, tak ma zostać  na zawsze. Nie będzie niczego zmieniać. To był i zawsze pozostanie jej prawdziwy drugi dom u podnóża Tatr - na Krzeptówkach.

Nie mogła opanować snu, powieki stawały się coraz bardziej ciężkie. Muzyka płynąca z radia nakładała się na pracę silnika samochodu. Lubiła słuchać muzyki nocą, szczególnie w samochodzie w czasie podróży.

Jej słuch  był  wtedy tak wyostrzony, odbierała stare piosenki, wielkie przeboje minionych lat na nowo.

Ewa Demarczyk  śpiewała o Tomaszowie - lubiła poezję, te śpiewaną najbardziej. I była smutna . Bała się tego zderzenia, pierwszego zderzenia z Tatrami. Dotychczas Tatry kojarzyły jej się z jedną bliską osobą, mężczyzną. Dzisiaj jechała po to,  by wykreślić to imię ze swojego życia - na zawsze.

- Jakie będą góry bez niego? Chyba nigdy już  nie będą takie same kiedy był on.

Murowaniec, Czarny Staw Gąsienicowy, Kuźnice...jak ona w tej chwili nienawidziła tych miejsc !

Czy zdoła zapomnieć ? W jednym z listów do niego napisała :

Zbudziłam zaśnionego  rycerza. Wśród skał, obudził się  słysząc moje kroki, czując moją obecność. Ale ten rycerz, niegdyś  zaśniony - zaklęty , pobudzony do życia , okrutnego czasem, nie zawsze  może słyszeć  mój głos...

Tak był dla niej tym rycerzem. Z nim chciała przemierzać najdziksze zakątki Tatr, zdobywać szczyty.

Z nim chciała witać dzień. Oglądać wschód słońca w górach i zachodzące słonce za szczyty Tatr.

I wtulać się w jego ramiona w schronisku po całym dniu włóczęgi po górach. Patrzeć na zasnute Tatry deszczem, podziwiać burzę - wielki amfiteatr natury tatrzańskiej.

 

Deszcz - zawsze będzie przypominał Konrada. On lubił deszcz, deszcz nastrajał go  refleksyjnie, miał wówczas takie zadumane serce. Dużo pisał, mówił do niej o deszczu ciepłym, wiosennym i w czasie deszczu. Powracało do niej w myślach jak echo. To było jak wyznanie, kiedy odebrała maila od niego pewnej nocy sierpniowej, w dniu ich trzeciej rocznicy  znajomości.:

"Czy pamiętasz
Tego dnia padał deszcz
A ty szłaś  uśmiechnięta
Przemoczona , uniesiona , przejęta
Czy pamiętasz
Padał deszcz wtedy bez przerwy
Wyminąłem cię w uliczce
Uśmiechnęłaś się
Jak ja tak samo
Czy pamiętasz
Ty której nie znam wcale
Ty która nic nie wiesz o mnie
Czy pamiętasz
Czy pamiętasz ten dzień
Nie zapomnij
Ktoś przed deszczem w bramie się schował
I zawołał cię po imieniu
w strugach deszczu pobiegłaś ku niemu
I rzuciłaś  się mu w ramiona
Czy pamiętasz
Nie miej mi za złe , że mowie ci ty
Mówię  tym wszystkim , których kocham
Choćbym raz tylko ich spotkał"

 Deszcz stał się symbolem ich znajomości, tego związku. I ta ostatnia wiadomość od niego wypłynęła w czasie deszczowej aury. Dla Magdy deszcz to: symbol  życia, odradzania się, oczyszczenia, a od tych skojarzeń  już całkiem  blisko do asocjacji związanych z miłością.

Świt przywitał ją w Poroninie. Zmęczenie dawało znać o sobie. Kilka godzin w podróży bez chwili odpoczynku.  Chciała jak najszybciej dojechać na miejsce. Góry przywitały ją piękną, słoneczną pogodą. Gdy tylko ujrzała pierwsze zarysy Tatr, czuła jak serce jej rośnie. Promienie słońca  padające  na szczyty tworzyły  piękne refleksy. Giewont, Czerwone Wierchy...patrzyła na nie ze wzruszeniem.

Jak mogła pomyśleć, że znienawidzi Tatry ? Opuszczała ją  powoli ta straszna melancholia.

Tatry zawsze przywracały jej właściwe proporcje, tu wszystko wydawało jej się prostsze.

W wysokich partiach gór widać było leżący śnieg, który spadł kilka dni wcześniej. A niżej góry : jesienne, kolorowe liście buków, jarzębiny - uczta dla oka i serca.

Piękny październikowy dzień – dzień, który przejdzie do historii... historii jej życia.

Odda mu wszystkie wspomnienia, dzisiaj  pożegna się z Konradem - na zawsze.

Kościelec - wejdzie na ten szczyt. To co on jej ofiarował trzy lata temu. Nie poszedł z Kamilem, został z nią nad stawem. Dzisiaj ona mu to odda. Mimo panujących już trudnych warunków zimowych postanowiła wdrapać się na Kościelec. Była mu to winna... Poszła.

Wracając z Kościelca, usiadła nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. Mimo wewnętrznych oporów, wysłała do Konrada ostatnią wiadomość :

Zmagam się z ogromem gór... i mam siłę. Nie napisać do ciebie ? Nie stąd! Nie z tego miejsca! Góry nie pozwalają mi o tobie zapomnieć. Jestem w miejscu, gdzie przed trzema laty siedzieliśmy. Przybliżam wspomnienia...myślę o tobie... i głaszczę gałązkę kosodrzewiny....

Żegnaj Konrad - mężczyzno mojego życia spotkany za późno.

Magda została sama w pustym domu. Domu u  podnóża Tatr. Krzeptówki .Jej ukochane miejsce.

Puste miejsce przy kominku - miejsce pani Wandy - niegdyś. Nie spotka jej tu więcej...

Stała nieruchomo przy oknie wpatrując się w niewidzialne szczyty.

Nad Tatrami przetaczały się ciężkie, deszczowe chmury. Padało. Deszcz miarowo uderzał o szyby. Krople deszczu spływały po szybach. Płakało niebo nad Tatrami. Płakało jej serce...

Ktoś dziś  mnie opuścił w ten chmurny dzień  słotny...
Ktoś? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny
Ktoś umarł... Kto próżno  w pamięci swej grzebie...
Ktoś drogi... Wszak byłem na jakimś pogrzebie...
Tak... Szczęście  przyjść chciało , lecz mroków się zlękło.
Ktoś chciał  mnie ukochać  , lecz serce mu pękło
Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno...
To w szyby deszcz dzwoni , deszcz dzwoni jesienny.
I pluszcze jednak, miarowy, niezmienny.
Dżdżu krople padają  i tłuką w me okno.
Jęk szklany...płacz szklany...a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni , deszcz dzwoni jesienny.

Patrzyła na modrzewie...

Wiatr kołysał  niespokojnie, pożółkłymi, jesiennymi  gałęziami, grając smutną, tatrzańską symfonię.

Ludzie przychodzą i odchodzą z naszego życia z różnych powodów, zostawiając najpiękniejsze wspomnienia, dzięki  którym żyją w naszej pamięci.

Lecz i owe wspomnienia ulegają  upływowi czasu i bledną wraz z jego nieuchronnym przemijaniem.

A Tatry ? Są wciąż. Podróżujemy do nich nieustannie... I kiedy z okna pociągu ujrzysz pierwsze zarysy  gór, natychmiast wzrok błądzi po nich ... zatrzymuje się na wzgórzach, dolinach, śledzi kolory traw, uśmiechasz się do nich wewnętrznie.
 
"Wszystko nagle staje się niczym. Nie pamiętasz ludzi, zmęczenia, nie pamiętasz siebie. Jest widok, jest najdziksza, najszczęśliwsza i najbardziej nieporadna miłość.  Jest najczystsze, najchłodniejsze, ale w gardle jedyna i niezastąpiona rozkoszą , spazmem dziecięcego zachwytu, dławiące posiadanie...  Są Tatry"