Strona główna Opowiadania Zdarzyło się w październiku
Top Module Empty
Zdarzyło się w październiku Email
niedziela, 05 listopada 2006 11:52
Zdarzyło się w październiku

Zdarzyło się w październiku

<tekst i zdjęcia: Bogusław Pawłowski>

    Do Zakopanego tradycyjnie nie dojeżdżam pociągiem, przerywając podróż w Krakowie, gdzie przesiadam się na PKS. Jestem w Z. o zmroku. Początkowo miałem w planach iść na Halę Gąsienicową po ciemku, ale bezpieczniej chyba zostać na dole. W końcu szlaki po 20-tej zamknięte…
Dom Turysty, poniedziałek. O świcie jadę do Kuźnic. Nosal w pięknych kolorach mimo wiszących wyżej chmur. Pierwszą kolejką wydostaję się na grań. Mgła, wiatr 20m/s, na termometrze –minus 8 stopni. Nie ma mowy o widokach, chyba, że z bliska. Wszystkie kępki traw obrosłe szrenią. Mimo wszystko jest pięknie – bo pusto. Nieco niżej lód i szreń pokrywa także kosodrzewinę, oraz to, co pozostało z krzaczków jagody.


 

 
Bliżej schroniska widoczność jest już o wiele lepsza. Zaraz po pozostawieniu socjalnej części bagażu w Murowańcu, wynosi mnie nad Czarny Staw. Od czasu do czasu pojawia się nadzieja na widoki. Murawy naprawdę mają ten właściwy kolor, żeby jeszcze tylko trochę światełka…
Przejście przez Karb. Nie ma tu lodu a i niebo napawa optymizmem. Akurat zajęty jestem czymś innym, gdy ukazuje się w całości Kościelec. Zostaję zmuszony do szybkiego działania.


 

Kontynuując wycieczkę wchodzę na Świnicką Przełęcz. Jeśli chodzi o lód nie jest już to tak wesołe. Mimo średniej pogody napotykam kilka osób schodzących ze Świnicy; narzekają,
ale raczej na zalodzenie podejście na Zawrat od Murowańca. Przemieszczając się w kierunku Liliowego, coraz bardziej rozumiem tą anomalną sytuację w której się znalazły góry. Tak naprawdę to śniegu tu nie ma, to wszystko jest dziełem mrozu… Widoczne są wyraźne różnice pomiędzy ilością białych narośli na południowej i północnej stronie grani.


 

Schodząc na dół pstrykam jeszcze kępkę kosówki. Należy się jej, choćby za zestawienie barw.


 

Wieczorem odwiedzam leśniczego, Tomka Zwijacza. Właśnie wraz z innym pracownikiem Parku doczekali się wydania ich książki poświęconej kozicom w Tatrach (najtaniej – 8zł kupić można w punkcie informacyjnym TPN przy rondzie).
Ciemną nocą powracam do pokoju przynosząc dobre wiadomości: minus 9 stopni, niebo czyste. Wszystko zgodnie z planem.

Murowaniec, wtorek. Najpierw Kasprowy, aby na Czerwone i Cichą spojrzeć.
 

 

 

 

Przez Goryczkowe zmierzam w kierunku Kopy Kondrackiej, która wydaje się być idealnym punktem widokowym w popołudnie takie, jak dziś. Jest jeszcze dość wcześnie i w tym porannym krajobrazie, uwagę przykuwa Giewont – czyż to nie banalne?! Barwy jakich nigdy nie widziałem.
 

 

Gdzieś na Goryczkowych czają się pióropusze zalodzonych traw.
Podobnie, ciekawą lodziarnię odkrywam na Przełęczy Pod Kopą Kondracką, gdzie zwykle, w zaciszu rowów grzbietowych można spokojnie posiedzieć.
 

 

 

Tym razem wieje, więc specjalnie nie ma po co się spieszyć. Widoki z Kopy są najbardziej fotogeniczne, gdy słońce przekroczy linię wylotu doliny Cichej. Wchodzę jednak na szczyt i tam po wyszukaniu zacisznego kącika, w przyczajeniu spędzam jakieś 3 godziny. W dalszej
części zamieszczam zdjęcie wykonane między 13 a 14-stą.


 

Widok z Kopy jest jednym z niewielu w Tatrach, który posiada wszystkie atrybuty genialności: wspaniały, szeroki i odchodzący pierwszy plan, dobrze pogrupowane szczyty i przełęcze, a jesienią także niepowtarzalną paletę barw…cóż można by tu siedzieć do zmroku (co często czyniłem nocując na Hali Kondratowej)…nie tym razem. Kolejny pomysł brzmi bowiem – „Świnica”. Jest trochę późno - po biegu powrotnym przez Goryczkowe i postoju na Kasprowym u stóp tej góry staję o 16.30. Szlak na wierzchołek okrąża masyw od południowej strony i dzięki temu trasa ta jest wolna od lodu. Na wierzchołku jestem już sam, ostatnich schodzących minąłem zaraz za przełączą. Warunki na szczycie nie pozwalają jednak na długi pobyt. Po zdjęciu rękawic dłonie natychmiast przyklejają się do statywu.
Kilka szybkich fotek: w kierunku Miedzianego i szczytów za nim (myślę, że wszyscy znają te sylwetki) i masywu Lodowego.


 

 

 


Jeszcze trzeba zejść - ostatni gasi światło - przed Przełęczą Liliowe wchodzę w noc.

Murowaniec, środa. Dziś może jakiś mniej męczący wypad. Chciałoby się na Kozi, ale w żlebie Kulczyńskiego zwykle była woda, więc zapewne lodu jest tam teraz po kolana. Krzyżne? Też może być. Wychodzę 7.30. Na szlaku do Pańszczycy mijam kolejne, mroźne graffiti.



W środkowej części doliny, nad granią zauważam coś, co otrzymuje roboczy tytuł „Skrzydło Anioła”


 

Na przełęczy dmucha oczywiście niemiłosiernie, ale znajduje jakieś zaciszne siedzonko. W pierwszej kolejności uwieczniam widok w kierunku Orlej Perci, gdyż on za kilka godzin będzie tym pod słońce.
Góry leżące na lewo, jeszcze nie są właściwie oświetlone.


 

Trzeba poczekać aż słońce znajdzie się nad Kozim. W między czasie pojawiają się jakieś chmurki, (NARESZCIE!), mogę w końcu pobawić się jakimiś filtrami.
 

 

W rejonie Krzyżnego spędzam kilka godzin wchodząc w między czasie na jakiś, leżący w kierunku północno-zachodnim (w stronę Waksmundzkiego) wierzchołek. Perspektywa jest tu zupełnie inna!


 

 

 
Mimo, iż jest to jakieś 150-200m poza szlakiem, obserwuję co najmniej kilka osób wracających z tej strony (w tym osoby ze statywami, a to już nie jest śmieszne). Cóż, często w takich momentach chciałoby się mieć całe góry dla siebie…
Ostatnie zdjęcie, klasyczny już widok z przełęczy wykonuję krótko przed godziną 16-stą.



Tym razem nie było chodzenia po ciemku.
Czas rozstania. Kolejny dzień będzie raczej bez pogody, co oznacza przejście do fazy powrotu.
W prawie pustym Murowańcu, oglądamy mecz Walia – Polska.
Murowaniec, czwartek. Wiatr zaczął wyć już w nocy. Kaskady chmur, granie znikają, kolej linowa stoi. Na Upłazie „odlotowo”. Przed godziną 20-stą jestem w Toruniu.


Poprawiony: niedziela, 05 listopada 2006 12:22