|
... Ziemia niczyja ... Ziemia niczyja <tekst i zdjęcia: Bogusław Pawłowski> Zwykło się mawiać, że w Tatrach najpiękniejsza bywa jesień. Choćby ze względu na barwę muraw czy pojawiającą się wspaniałą przejrzystość powietrza. Występuje zwykle jeden problem, istotny choćby dla fotografujących: nigdy nie wiadomo kiedy ta tzw. „prawdziwa jesień” przyjdzie. Praktyczne choć nie do końca bezpieczne. Jednomyślność zespołu i całkowitą swobodę w realizacji pomysłów zapewnia zwykle wyjazd w pojedynkę. Ileż to razy (zapewne nie tylko ja) słyszałem: „Co? O tej godzinie nie wstaje!” albo „Przecież tam już byliśmy 5 razy!”. Dodatkowo, najbardziej udane dni znaczone są zwykle powrotami do schroniska po ciemku... Dzień pierwszy. 16 października 2003. Przenikliwy chłód daje się we znaki już na poziomie Zakopanego. Podróż w kierunku przejścia granicznego niespodziewanie kończy się w Bukowinie: droga nieodśnieżona, zatarasowana tirami, wypadki. Wciąż pada śnieg. Dalej trzeba ruszyć pieszo. Asfalt wydłuża się jeszcze bardziej, gdy dowiaduję się o wcześniejszym zamknięciu szlaków w obrębie TANAP-u. O nie, dziś z tym plecakiem do „Piątki” nie idę... Pozostaje „Morskie”. Pogoda ma być dopiero pojutrze (podobno). Warunki panujące w Tatrach w ciągu kilkunastu ostatnich dni dają odpowiedź na pytanie, dlaczego w Starym Schronisku nikogo nie ma. Jak się jednak nocą okazało, nie była to do końca prawda. Zbudziło mnie tupanie i buszowanie w koszu na śmieci. Takie coś chyba za duże i zbyt rude jak na mysz. Dzień drugi. Skutkiem zaaplikowania stoperów, nie słysząc budzika wstaję dopiero po 6-tej. Opady śniegu ustały, chmury zdają się podnosić. Z pełnym wyposażeniem staję na morenie. Cisza. Jezioro prezentuje się przygnębiająco i subtelnie za razem: na kamieniach czapy świeżego śniegu, czarna tafla wody i ani śladu lodu. Wokół delikatnie przyprószone gałązki a powyżej 1500 m n.p.m. ściana mgły. Piąta pora roku.   Spotykam człowieka, który całą noc podróżował stopem i podobnie jak ja szedł z Bukowiny Tatrzańskiej (od 2-giej w nocy!). Na Rysy?!!! Sugeruję delikatnie zmianę planów, ale chyba nie ma co próbować. Wspólnie pokonujemy podejście do Czarnego Stawu. Ja nie jestem przygotowany do dalszej wędrówki, po za tym, wyżej nic nie będzie widać i nad stawem rozstajemy się. Nieznajomy obiecuje SMS-a ze szczytu. Obyś tylko przeżył zejście chłopie – pomyślałem. Rozstawiam statyw. Po półgodzinnej zabawie nad jeziorem chyba czas wracać na śniadanie. Na samym dole, już nad Morskim Okiem coś przykuwa uwagę. Jest to jarzębina z jaskrawymi owocami przykrytymi czapkami śniegu. Tymczasem tło zdaje się być pozbawione barw. Przyroda manifestuje stan, w jakim się znalazła: szarość podkreśla wartość tego, co tej jesieni zdaje się być bezpowrotnie utracone...klasyka anomalii...   Kolejnym etapem ma być Dolina Pięciu Stawów Polskich. Zalodzone zejście ze Szpiglasowej Przełęczy, z dużym obciążeniem może nie być przyjemne, pozostaje zatem Świstówka. Prawie południe. Odnosząc klucze do Nowego Schroniska stwierdzam, że przed nim zbiera się już spory tłumek, a przy Mięguszowieckich Szczytach zaczyna przebijać się słońce. Ciężko przepchać się do barierki – akurat tam zwykle wszyscy się fotografują. Promienie słońca wpadają na taflę jeziora. Natychmiast komponuję ujęcie, z kieszeni wydłubując odpowiednią filtrację. Wygląda to niesamowicie lecz doświadczenie uczy, że takie zdjęcia nie zawsze wychodzą tak, jakby się tego chciało.  Radość szybko ustępuje miejsca przygnębieniu. Im wyżej tym mgła gęstsza, a na Świstówce widoczność spada do 20 metrów. Ktoś jednak chodził tędy od rana, zresztą przy tej ilości śniegu, znając szlak nie ma szans pobłądzić. Wygląda na to, że w „Piątce” mieszka co najmniej kilka osób. Ciekawym zbiegiem okoliczności, w przydzielonym mi pokoju trafiam na hobbystę posiadającego aparat Canon EOS 5... Wieczorem niebo staje się całkowicie czyste, zatem rano „na Szpiglas marsz”. Dzień trzeci. Wychodzimy o siódmej. Wierzchołek Koziego jest już oświetlony co dopinguje do sprawnego marszu. Okazuje się, że żółty szlak zaczynający się w rejonie tzw. „Starej Koleby” (kilka lat temu, duże stanowisko świstaka) nie jest przetarty i widoczny. Ruszamy w poprzek doliny pokonując zalodzone potoki i raz po raz cofając się w ślepych uliczkach kosówek. Jak się wyżej okazuje, prze cały czas byliśmy jednak bardzo blisko właściwej ścieżki. Wyżej ślisko i stromo. Na wysokości około 1900 m n.p.m., przy ciepłej herbacie obserwujemy, jak dzień obejmuje w posiadanie kolejne partie doliny. Ustalamy, że dalej nie ma sensu iść. Po godzinnym postoju schodzimy najkrótszą droga nad Wielki Staw (zezwolenie z dyrekcji TPN). Pogoda wciąż wymarzona ale chyba bardziej dla „normalnych turystów”. Koło południa w schronisku ożywiony ruch.  Przedni Staw z werandy Wieczór spędzam na Wyżnim Solnisku (podmokłości u podnóża Dolinki Pustej), gdzie w zgromadzonej wodzie ogląda się odbicia przyjemnie oświetlonych szczytów: Miedzianego i Opalonego. Jednak połowa października okazuje się być porą, gdy niewiele tego ciepłego światła dociera na grań.  Pamiętając o niedźwiedziach, które pałętały się tu w 2000 roku, cichaczem rozpoczynam odwrót. Dzień czwarty. Na pierwszy rzut oka trochę mniejsza przejrzystość powietrza. Wchodzę rano na Świstówkę tylko z aparatem na szyi. Tam okazuje się, że inni też wpadli na taki pomysł. Zazdroszczę ludziom z Krakowa, faktyczna odległość jaka dzieli ich od Tatr to dwie godziny i pięć minut...Tymczasem słońce staje się za ostre. Południe. Z kolejnym wyjściem wiążę chyba największe nadzieje. Zawrat. Tylko i aż. Droga łatwa, lecz widoki mogą być najprzedniejsze. Zwłaszcza wieczorem. W stosunku do wariantu letniego, na trasie podejścia pojawia się zwykle jeden stromy odcinek wynikający z niebezpieczeństwa lawin (nie tym razem), związany z omijaniem długiego trawersu pomiędzy Kołową Czubą a Małym Kozim Wierchem. Odcinek ten przebywam wyjątkowo sprawnie. Jest dopiero godzina 14-sta! Przechodzę na stronę żlebu. Bardzo silny wiatr. Ciekawe, co tu robię tak wcześnie. Na przełęczy pozostaje tylko obłożony kawałkami skał statyw. Od czasu do czasu ktoś wchodzi, to z jednej to z drugiej strony mija godzina, potem druga... Kilku odważnych (i dobrze wyposażonych) schodzi od strony Świnicy. Za jakiś czas otrzymuję propozycja przejścia przez Przełęcz Schodki (do D. Pustej). A słońce już nad Walentkowym i za lekką mgiełką, która stanowi najlepsze zabezpieczenie przed niechcianymi efektami w kadrze (bliki).  Tymczasem, od strony południowo-wschodniej fenomenalna widoczność a światło rozproszone jak w atelier. Aparatem i statywem wciąż lekko buja, ale widok pod słońce już całkowicie mnie pochłania. Kadr ustawiony. Przez kilka sekund nie wieje. W tej sytuacji, Gerlach, Rysy i Wysoka też zasługują na uwagę.  Jest już dobrze po godz. 17-stej, gdy na zachodnich stokach pojawia się tak oczekiwane, delikatne, pomarańczowo-różowe zabarwienie. Zawrat i roztaczająca się z niego panorama, miejsce nazywane „bramą prowadzącą ceprów do raju” ukazuje całą swoją magię. 
 Atmosferę misterium przerywa odgłos zwijanego przez aparat filmu. Kontrola czasu wykazuje 17.39. Za chwilę będzie ciemno. Podczas zejścia, częstuję izostarem człowieka zmierzającego do Murowańca lub Kuźnic. Droga, jaką przebył od Śląskiego Domu (!) pozostanie jego tajemnicą. Tatry bez granic. W dnie doliny jest już tak ciemno, że trzeba sobie poświecić pod nogi. Schronisko opustoszało. Dzień piąty. Pogoda wyraźnie się kończy. Wykształcony wał chmur nad Liptowskimi świadczy o zmieniającej się cyrkulacji. Ewakuacja. Dolina Roztoki miejscami przypomina tor bobslejowy. Przez okno autobusu śledzę kolejne etapy opadania kurtyny. Koniec przedstawienia... Do przebycia znowu 500 km. Bardzo często, nie chcąc popełnić falstartu (zwłaszcza, gdy przejazd w Tatry zajmuje całą noc), wyczekuje się na przyjście tej prawdziwej jesieni. Tymczasem aura płata figle i nagle robi się zima. Należy pamiętać, że wszystkie tego typu niespodzianki podlegają rachunkowi prawdopodobieństwa, ustalonemu na podstawie wieloletnich obserwacji. I tak dla przykładu, na napotkanie śniegu 1 pażdziernika na wysokości 1500 m n.p.m. nasze szanse wynoszą 15%, na wysokości 2000 m n.p.m wzrastają do 20%. Dla tego samego terminu prawdopodobieństwo, iż wystąpi pokrywa śnieżna o miąższości pół metra, dla wysokości 2000 m n.p.m. wynosi jedynie 1% (Atlas Tatrzańskiego Parku Narodowego, Zakopane –Kraków 1985). Dla odpowiednio zdeterminowanych, okres anomalii pogodowych może być tym najbardziej owocnym. Chciałbym wspomnieć o kilku innych sytuacjach, gdzie magnetyzm Tatr okazywał się być silniejszy od doniesień z http://weather.icm.edu.pl/. Listopad 1997 roku. Kilka wolnych dni w środku miesiąca. Ludzi najechała się cała masa. W tym czasie wiatr halny o prędkości do 180 km/h (wiatrołomy m.in. w dolnej części Doliny Roztoki). W miejscach sprężania i rozprężania się mas powietrza, np. w okolicy Przełęczy Między Kopami, znaleść można szaliki, czapki, okulary a nawet walkmany (!). Momentami szedłem na czworaka lub czołgałem się - więc wiem dlaczego. Po halnym opady deszczu i śniegu. Rankiem, w bardzo trudnych warunkach docieramy z hali na szczyt Kasprowego Wierchu. Poruszamy się w kierunku Ciemniaka (docelowo do Schroniska na Ornaku). Część uczestników rezygnuje i schodzi z Przełęczy Pod Kopą Kondracką, by do Doliny Kościeliskiej dojechać autobusem. Nagle zaczyna się przejaśniać a po godzinie odsłania się panorama z niesamowitą przejrzystością, barwami i chmurami. Na Ciemniaku siedzimy oczywiście do zmroku. Październik 2001 rok. Ciepło, sucho, dobra widoczność a mimo wszystko nie to. Murawy wyglądają, jakby przed momentem ustąpił z nich śnieg: są żółte bądź bure. Kilkugodzinne posiedzenie na szczycie Wołowca zostaje zrekompensowane obserwowaniem rozwijającego się morza mgieł [4]. Powrót nocą, przez Rakoń i Grzesia (krótszy odcinek w lesie). Następnego dnia opuszczam Tatry, by wpaść w bajkowo wymalowane Pieniny. Listopad 2002 roku. Jeszcze coś innego. Po kilku „zimach” i następujących po sobie atakach halnego prawie całkowity brak śniegu. Jego płaty czają się jedynie za kępami kosówek i innych tego typu zawietrznych schowkach. Wychodzę rano pod Szpiglasową Przełęcz, a potem przez Zawrat do Murowańca. W ciągu ponad 12 godzin nie spotykam człowieka. Ziemia niczyja. 
|