|
Na Rysy (z wycofem) Na Rysy (z wycofem) <tekst: Leszek> Gorąca herbata nie poprawiła mu samopoczucia. Musiałem użyć podstępu. - A może zjadłbyś jakiś deser, synku? - mają tutaj do wyboru trochę słodkości, a znając Krzyśka wiem, że na pewno sobie nie odmówi. Siódma pięć. Nie myślałem, że tak wcześnie uda nam się tutaj dotrzeć. O 4.30 wyszliśmy ze schroniska nad Popradzkim Stawem. Schroniska? Nie, to nie jest dobre określenie. Budynek, który stoi pod Osterwą z pewnością nie jest już schroniskiem. To hotel. Hotel z restauracją, z paniami w długich sukniach podającymi menu. Jednym słowem idiotyczna atmosfera. Z pokoju wyszliśmy o 4.10. i… główne drzwi zastaliśmy zamknięte. Widziałem przez szybę jak słońce oświetla czubki Grani Baszt i nie mogłem wydostać się z tej cholernej budy!!! Na szczęście po paru minutach zszedł do nas ktoś z obsługi. Myślicie, że otworzył nam drzwi? Skądże znowu!!! Najpierw wyraził swój stosunek do "dziwnych" Polaków, a potem przeprowadził nas jakąś okrężną drogą, przez kuchnię, do drzwi na tyłach hotelu. …Nareszcie na zewnątrz. A ranek był wyjątkowo zimny. Już po paru minutach marszu zabraliśmy się za korektę ubioru. Czapki i rękawiczki, z których śmialiśmy się pakując w domu plecaki, okazały się być strzałem w dziesiątkę. Synek od początku nie zdradzał entuzjazmu. Droga za długa, za bardzo pod górę, przecież tam nic nie ma i inne takie narzekania dziewięciolatka. Zakładałem, że to tylko szczeniackie widzimisię i nie przejmując się tym zbytnio posuwałem wycieczkę naprzód. Problemy zaczęły się na progu Kotliny pod Wagą. Zauważyłem, że Krzysiek autentycznie się boi. Kurczowo trzymał się łańcuchów (już sama ich obecność wywoływała taką reakcję) i ciągle dopytywał się, kiedy ten łańcuchowy odcinek się skończy. Odcinek wcale nie jest trudny, raptem kilkadziesiąt metrów po skale i nie docierało do mnie, że powinienem ocenić drogę z perspektywy mojego syna. Trudności szybko się skończyły, a dalsza droga to łatwe podejście do schroniska pod Wagą. Porządnie zmarzliśmy. Chatar przywitał nas przed schroniskiem taszcząc butlę z gazem. Krzysiek od razu skoczył za gospodarzem do wewnątrz, a ja zostałem upajać się miejscem, o którym do tej pory tylko czytałem. Widoki sprzed schroniska są raczej ograniczone. Jedynie Grań Baszt z jej kulminacją, Szatanem, robi wrażenie. Wszedłem do chaty. Pierwszy raz w życiu przyjrzałem się tym pomieszczeniom i stwierdzam, że mniej więcej tak to sobie wyobrażałem. Krzysiek siedział już przy ławie pod oknem i popijał gorącą herbatę. Dla mnie też stała. - Tato, ja tu poczekam, idź sam na te Rysy. - Chcesz zmarnować taką okazję? Wszystkie trudności są już za nami. - Tak, za nami. Jeszcze musimy zejść. - rzeczywiście, zejście może być gorsze Potem, gdy już był po deserze, przekonałem go, żeby jednak poszedł ze mną. Zresztą nie dopuszczałem możliwości zostawienia go samego w schronisku. Po dwudziestu minutach stanęliśmy na Wadze… …Wagę widziałem rok temu z Lodowej Przełęczy. Teraz, kiedy tu stałem, największe wrażenie zrobiła na mnie północno-zachodnia ściana Ciężkiego Szczytu. Złowrogie urwisko na "wyciągnięcie" ręki. Ganek i Galeria prezentują się dokładnie tak, jak na większości pocztówek. Zdziwiło mnie, że z samego siodła nie widać Zmarzłego Stawu w Dolinie Ciężkiej. Ukazał się, gdy poszedłem granią kawałek na południe. Przynajmniej "zaliczyłem" pierwsze kilkadziesiąt metrów drogi na Wysoką. Na razie tylko tyle… Ponad mgłami napływającymi z Doliny Jaworowej Lodowy wyłaniał tylko swój obły czub. Przed nim piętrzyły swe kontury Jaworowe Szczyty, Świstowy, Staroleśna… - W którą stronę idziemy, tato? - Po tym łagodnym zboczu, tak jak prowadzą czerwone znaki - położyłem Krzyśkowi rękę na ramieniu, żeby dodać mu trochę otuchy. Już po paru minutach dotarliśmy do miejsca, gdzie co krok poustawiane są kamienne kopczyki. Ścieżka wije się między nimi na odcinku około stu metrów. Mgła, która napłynęła od strony Doliny Ciężkiej, przysłaniając fragmenty otoczenia, spowodowała, że Krzysiek znowu zaczął się bać. W miejscu gdzie ścieżka przekracza południowo-zachodnie żebro Rysów trzeba, używając rąk, zejść dwa, trzy metry w dół. Pod nogami ukazują się Żabie Stawy Mięguszowieckie… - Tato, ja dalej nie idę!!! - powiedział to prawie płacząc. I tym mnie przekonał. Musiałem doprowadzić go do płaczu, żeby zrozumieć... Wierzchołek Rysów dobrze już widoczny, oddalony jest od tego miejsca o najwyżej dziesięć minut drogi. Następnego dnia wspólnie z drugim uczestnikiem wycieczki, o którym do tej pory nie wspominałem, wybraliśmy się na Rysy sami. Krzysiek został w hotelu nad Popradzkim Stawem z wykupionym na kilka godzin stołem bilardowym. Znacznie bardziej go to pociąga niż "łażenie godzinami po wertepach". Na Rysy weszliśmy o 7.30 i przez kilkanaście minut byliśmy jedynymi turystami na wierzchołku. Potem wszedł ktoś od polskiej strony. Aha, tym razem zawiadomiłem w recepcji, że wychodzę około czwartej rano. Drzwi zastałem otwarte.
|