Strona główna Opowiadania Czyżby Sabała bywał w Bukowinie
Top Module Empty
Czyżby Sabała bywał w Bukowinie Email
sobota, 04 listopada 2006 22:40
CZYŻBY SABAŁA BYWAŁ W BUKOWINIE...

 CZYŻBY SABAŁA BYWAŁ W BUKOWINIE...

<tekst i zdjęcia: Leszek>

 Zawsze, ilekroć jadę Zakopianką odczuwam coś w rodzaju wstydu. Oto jestem na tej najbardziej zatłoczonej drodze w Polsce, razem z tysiącami innych urlopowiczów, z których większość za nic ma Tatry. Dla których Tatry to tylko tło dla narciarskich stoków, dla spacerów po rozwrzeszczanych Krupówkach. Coś w rodzaju modnych w czasach komuny tapet ściennych "z widokiem". I zawsze tłumaczę sobie, że należę do mniejszości świadomej istnienia Tatr, że jadę tą drogą, gdyż innej nie ma, a przecież jakoś muszę się dostać do "moich" gór. Ale w zimie, w taką pogodę, nie mogłem nawet marzyć, że uda mi się gdziekolwiek pójść.
Poronin. Zjeżdżamy z Zakopianki. Tuż za centrum miasta zatrzymuję samochód, żeby założyć łańcuchy. Kilkanaście minut koronkowej roboty na mrozie, bez rękawiczek. Koszmar.

Śnieg padał przez trzy dni właściwie bez przerwy. Otrzymuję sms-owe informacje od zaprzyjaźnionego turysty o IV stopniu zagrożenia lawinowego. Nie mam żadnego doświadczenia w turystyce zimowej, nie mam żadnych szans na wyjście.
Czwartego dnia wstaję około siódmej i... wprost nie mogę uwierzyć własnym oczom. W okno zwrócone na wschód zagląda sobie Lodowy wraz ze swoimi najbliższymi sąsiadami.
Natychmiastowa decyzja jest oczywista. Obudziłem żonę.
- Agnieszko, dzisiaj muszę wyskoczyć. Tylko na parę godzin.
- Dobrze wiesz, że nie musisz tylko pragniesz. Uważaj tam na siebie i wracaj szybko do nas.

Droga do Białego kończy się rondem przed luksusowym pensjonatem "Biały Potok". Wszędzie obowiązują zakazy postoju, więc idę do ciecia z parkingu przed pensjonatem i dogaduję się z nim "prywatnie". 10 minut przez Las Białego i staję przed budką TPN-u.
- Ooo, jest pierwszy turysta, a wczoraj tu nikogo nie było - słowa bileterki nie brzmią optymistycznie. Jeżeli nikogo nie było, to znaczy, że daleko po tym śniegu nie zajdę.
Dolina Białego jest w swoim wylocie wąska i płaska. W śniegu jest wyrobiona koleina, która wyznacza kierunek marszu. Po około 40 minutach docieram do wodospadu, przy którym ścieżka przekracza potok i zaczyna się ostro wznosić w kierunku "Drogi nad Reglami". Dalej śniegu jest jakby więcej, a przy pokonywaniu stromszych fragmentów nieocenione usługi oddają kijki trekkingowe. Na przełączce za Igłą napotykam nieprzetarty odcinek około 40 metrów. Tylko dzięki temu, że wyżej widać zbawienną koleinę decyduję się iść dalej. Zaspy sięgają pasa.
Drogowskaz. Kieruję się w prawo ku Czerwonej Przełęczy, do której docieram około 11.00. Po raz pierwszy sięgam po termos. Jest około 20 stopni mrozu, więc herbata jest naprawdę gorąca. Nagle przypominają mi się słowa lekarza z czasów, gdy astma nie pozwalała mi normalnie żyć: "Proszę unikać gwałtownych zmian temperatury, to może spowodować atak duszności". Wyciągam telefon z kurtki i patrzę, czy jest zasięg. Jest!!! Ale nic na szczęście się nie dzieje. Dojście na Sarnią Skałę zajmuje mi około 20 minut. Jedno bardzo śliskie miejsce, prawie każe mi zrezygnować z dalszej drogi.
Tatry Wysokie na wschodzie piękne... Na południu Giewont… Skalny kolos jeszcze przysłaniał słońce, przez co grań ukazywała się w swoistej poświacie.
Aparat. Patrzę w celownik i nic nie widzę. Obiektyw całkowicie zaszroniony. Już rozumiem. Trzymałem kubek z herbatą przy aparacie i para osadzając się na szkle natychmiast zamarzała.

Zejście do Doliny Strążyskiej jest naprawdę strome. W pewnym momencie zaliczam kilkunastometrowy, pierwszy w życiu dupozjazd…

Wypijam kawę w bufecie na polanie, dając aparatowi czas na dojście do właściwej temperatury. Kilka zdjęć w pełnym słońcu

 

 

i zbiegam do wylotu doliny. Dalej Drogą pod Reglami docieram z powrotem do Doliny Białego. Pani bileterka wyraźnie znudzona małym ruchem stoi przed budką,
- To Pan? Przeszedł Pan dookoła? I co? Dużo śniegu?
- Miejscami dużo. Weszło parę osób? - pytam .
- Razem z Panem chyba z pięć, nie więcej.

Do Bukowiny wracam drogą przez Wierch Poroniec i Głodówkę, gdzie zatrzymuję się, by podziwiać niczym nieosłonięte Tatry. Widok znajomy. Mam wrażenie, że co roku przybywa nowych domów poniżej szosy. Mam gdzieś w domu fotografię sprzed sześciu lat. Muszę porównać.

Następnego dnia wybraliśmy się do "Karczmy pod Stancyjom" niedaleko Ronda na Klinie, posłuchać kapeli góralskiej. Dla dzieci górale zorganizowali "szkołę malowania na szkle". Córka spędziła tam prawie trzy godziny. A kapela... Nigdy takiej dobrej jeszcze nie słyszałem. Brzmiało to prawie jak jazz. I chyba znak czasów: co czwarty utwór zalatywał nutą żydowską.

W dzień wyjazdu, rano wyskoczyłem z aparatem, żeby po raz ostatni przyjrzeć się Tatrom. Bez trudu można jeszcze znaleźć w Bukowinie miejsce skąd widać tylko góry, bez budynków i szos. Od Tatr Bielskich na wschodzie, aż po Spaloną w grani słowackich Tatr Zachodnich. Doskonale rozpoznawalne Rohacze, a na lewo od nich od razu Czerwone Wierchy. Orla Perć w jakimś przedziwnym skrócie, potem gmaszyska Koszystej i Wołoszyna. Dalej na wschód piętrzą się Mięgusze, Rysy, Wysoka, Ganek, Gerlach... i przeogromny Lodowy. Teraz juz jestem pewien. To w Bukowinie musiała narodzić się muzyka góralska. Czyżby Sabała, mieszkaniec zakopiańskich Krzeptówek miał tu jakąś cichą miłość?