Strona główna Opowiadania ...żeby uwierzyć
Top Module Empty
...żeby uwierzyć Email
sobota, 04 listopada 2006 22:08
... żeby uwierzyć

 ... żeby uwierzyć

<tekst: Leszek>

 

Mężczyzna widział, jak czwórka turystów znika za stokiem. Patrzył na nich przez ostatnie dwadzieścia minut. Niby rozmawiał cały czas ze swoimi znajomymi, ale myślami był tam, na tej tajemniczej ścieżce, prostej jak strzelił, trawersującej zbocze Miedzianego. Widział ich, jak wychodzili ze schroniska, jak zatrzymali się po kilku minutach w żlebie, doskonale widocznym z placyku nad Morskim Okiem i zakładali raki na buty. To wszystko wywołało w nim uczucie żalu. Sam nie mógł marzyć o podobnych trasach. Wtedy, w kwietniu, ledwie dał radę dojść do schroniska nudną, asfaltową drogą. Wydawało mu się, że dał z siebie wszystko, w obecnym stanie jego zdrowia. Astma potrafi zapewnić przeróżne atrakcje. Najlepsza to brak tchu przy najmniejszym wysiłku. W czasie, kiedy choroba wygrywa nad człowiekiem, nawet najprostsze czynności urastają do rangi wyczynów. Przykład? Proszę bardzo: dostać się do mieszkania na czwarte piętro. Na każdym półpiętrze dwu-, trzyminutowe przerwy na złapanie oddechu. Czy ktoś kiedyś zastanawiał się, że sto metrów w pionie to około 35 pięter? Kiedy idziemy z Morskiego Oka przez Świstówkę do Pięciu Stawów, musimy pokonać 450 metrów podejścia, czyli ile pięter?... Sporo.

Na taką właśnie trasę wybrał się po dwóch latach od chwili, kiedy obserwował turystów idących na Szpiglasową Przełęcz. I przygotował się do tego. Przez dwa lata można wiele przeczytać i można wiele zrobić dla swojego zdrowia...

Tego dnia, dnia wyczekanego i wymarzonego, nie było pogody. Lekki deszczyk, który pojawiał się co kilka minut, był jeszcze do zniesienia, ale najbardziej bolał brak widoczności. Tyle czasu poświęcił, żeby zrealizować marzenie, a Tatry z pogardą zabrały wszystko, co najlepsze... Została tylko mozolna ścieżka wijąca się w nieskończoność wśród płatów kosówki, w niezliczone krótkie zakosy... Na Wolarni można chwilę odpocząć, dalej jednak ścieżka znowu podrywa się i zdobywa Świstową Kopę, a stamtąd - jak piszą - widać stawy... Nie było widać, niestety. Ale słychać było tatrzańską przestrzeń. Szum przestrzeni...

W miejscu gdzie ścieżka, tuż przed schroniskiem, zbliża się do Przedniego Stawu, pochylił się nad wodą i dotknął ją palcami... Żeby uwierzyć...

Nie wszystkim łatwo przychodzi zobaczyć cuda. Paradoks polegał na tym, że właściwie nic nie widział. Brzeg przysłoniętego mgłami stawu. Wodę, która delikatnie odbijała się od kamiennej ścieżki. Cichy plusk... A jednak!! Dotarł do Pięciu Stawów. Do miejsca wymarzonego... I nie zawiódł się.

Ile razy można oglądać te same fotografie? Ile razy można czytać te same opisy? Przychodzi moment, że człowiek zaczyna dostrzegać bezsens dalszego zaangażowania.

Po co? Skoro i tak tego nie zobaczysz bracie, to daj sobie spokój... Albo? Albo postanów coś sobie i trzymaj się tej decyzji. I tak właśnie postąpił.

Właściwie, nie wszystko było jego zasługą. W połowie lat dziewięćdziesiątych pojawiły się na rynku nowe, zupełnie nowe lekarstwa na astmę. Istna rewolucja farmaceutyczna.

Miejsce wyniszczających organizm steroidów zastąpiły "lekkie" leki wziewne, niegrożące już takimi skutkami ubocznymi. Ale pozostał ciągle "bagaż" zebrany w ciągu kilku lat siermiężnej kuracji. I z tym musiał się uporać. I zrobił to. Zmienił "jakość" życia. Na lepsze.

I jeszcze pomoc najbliższej osoby, nie tylko otucha i wsparcie, ale codzienna ciężka praca...

... żeby uwierzyć.

Dotknięcie zimnej, prawie lodowatej wody. Widoczność przestała być niezbędna. Przed schroniskiem stoi szlakowy drogowskaz: Zawrat 1 1/2, Kozi 1 1/4  godziny. Nazwy podziałały odpowiednio...

I mimo, że wcale nie zamierzał tego dnia próbować iść dalej, wiedział już, że wróci tu w przyszłym roku. Wyposażony w najważniejszą wiedzę, jaką powinien posiadać przy sobie górski turysta: pewność, że droga, którą idzie, znajduje się w zasięgu jego możliwości.

Zejście po mokrych głazach zielonym szlakiem przy Siklawie również wyryło się w pamięci... Wrócił do domu z bezwzględnym postanowieniem powrotu na kamienne ścieżki... Uwierzył, że może sobie zaufać, że nie jest jeszcze inwalidą, że jest w stanie zobaczyć Tatry od środka... I zobaczył.

Już rok później pojawił się w tym samym miejscu z zamiarem kilkudniowego łażenia. Razem z synem, bratem i siostrą - z ekipą, w której mógł być "przewodnikiem". Pierwszego dnia poszli na Zawrat z pięciostawiańskiego schroniska i zawrócili z powodu nagromadzenia trudności na szlaku!! (mgła!!) Dopiero na drugi dzień udało im się "zdobyć" tę słynną przełęcz. Przy pięknej pogodzie... Cóż. To, co dla jednych jest niewarte wspomnienia, jemu pozostało do dziś w pamięci jako pierwsza wysokogórska wycieczka... Potem były trasy coraz dłuższe, coraz trudniejsze.

Zdarzało się, że astma przypominała o sobie. Tak jak podczas podejścia progiem Pięciu Stawów Spiskich... Nagły, gwałtowny, niczym niezapowiedziany atak duszącego kaszlu. A potem już do samego schroniska co chwilę musiał stawać i łapać oddech. Właściwie kawałki oddechów. Astmatyk podczas ataku choroby nie może zrobić głębokiego oddechu, w ściśniętych płucach nie ma na to miejsca. Może tylko próbować "połykać" strzępy powietrza.

Gdy przekroczył drzwi Teryho, zobaczył korytarz zakończony długimi schodami i zrezygnował z ostatniego podejścia. Poprosił brata, żeby przyniósł coś do picia. Sam został na tarasie... Zresztą warto było. Magia tego miejsca nie ma sobie równych. Stawy w wyżłobionych skalnych misach otoczone "honornymi" wierchami. Największą uwagę poświęcił dziwnemu szczytowi z jakby ściętym wierzchołkiem. Później dowiedział się, że przyglądał się Baranim Rogom, na które mogą podobno wejść nawet "zwykli" turyści. Był wtedy bardzo poniżej "zwykłości" i to chyba mobilizowało go najbardziej do zmian. Skoro można tyle, to pewnie można też więcej...

... można.

Zawsze jednak pamiętał o swoich ograniczeniach, szczególnie wtedy, gdy chodził po górach sam. Ileż to razy wycofywał się ze szlaku. Rysy padły za trzecim podejściem, Granaty i Zawrat za drugim, a Czerwona Ławka jeszcze go nie puściła, dwa razy zmuszając do spuszczenia głowy... Choć ten ostatni raz to nie było z jego winy...

Już jadąc od Liptowskiego Mikulasza musiał chwilami włączać wycieraczki. Ze Smokowca wystartował o 4.30 i około 7.00 zameldował się w Teryho. Ktokolwiek był tego roku w lipcu w Tatrach, z pewnością pamięta, jak wtedy padało...

Tego dnia deszcz rozpoczął pracę przed ósmą. Z początku nieśmiało…

A on, właśnie dochodził do piargu usypującego się pod przełęczą. Potem kilka długich zakosów... A deszcz ciągle drobny…

Mężczyzna nabierał wysokości. Kamienna ścieżka kończy się nagle na małej platformie, dalej droga prowadzi już po skale.

Deszcz jakby na zawołanie zmienił się w ulewę.

Przeszedł kilka pierwszych ubezpieczonych metrów i nagle uświadomił sobie, że jest zupełnie sam... W miejscu, które prawdopodobnie przerasta jego możliwości. Woda lała się już strugami, na jego oczach ścieżka zamieniała się w potok… i ta mgła... Strach...

Kolejny odwrót...

Czy traktował to jak swoje porażki...? Z pewnością nie... Nie miał ambicji zaliczania, odhaczania miejsc na mapie. Nieważne, że Tatry nieraz stawiały przed nim przeszkody nie do pokonania... Nie dziś, to jutro, nie w tym roku, to w przyszłym… Ważna była..., jest..., tylko obecność... Wśród wierchów, turni i... ludzi. Właśnie ludzi... Pasja dzielenia się przeżyciami...

Tego nie można zrealizować bez ludzi. Ktoś musi chcieć słuchać...