Strona główna Opowiadania Jeden z najlepszych wyjazdów w Tatry
Top Module Empty
Jeden z najlepszych wyjazdów w Tatry Email
sobota, 04 listopada 2006 16:58
<tekst i zdjecia: Ula>

Prognozy pogodowe na najbliższe kilka dni zapowiadały się znakomite, z wyjątkiem jednego dnia - niedzieli.

Nie szkodzi , mamy trzy dni pewnej pogody i nadzieję, że niedzielny dzień również nie będzie najgorszy.
Szybka decyzja - nie ma na co czekać. Jeden termin wrześniowy nie wypalił, choć pogoda była fantastyczna, to
jednak trudno było zgrać terminy.
Tym razem niczego już nie przekładamy. Marcin "Usiek"  www.tatras.pl ( mój kolega górski) odpuszcza sobie dwa dni zajęć na uczelni,
ja "poruszam niebo i ziemię" by urwać się z pracy i z domu.
To tylko cztery dni, lub aż cztery dni...


Zostawiam wiele spraw niedokończonych...:
firanka nowo zakupiona, która tak misternie upinałam w oknie - niedokończona.

Kolacja z rodzina - niedokończona.
Nie wykonany ważny telefon...
Rozmowa przerwana w pół zdania.
Nie teraz, wszystko to zrobię po powrocie - myślalam pakując się w pośpiechu.
Góry wołają...

Chata Te'ryego - dwa dni i dwie noce z życia schroniskowego, jestem pełna obaw, co do warunków w Terince.
W pamięci utwiła mi makabryczna toaleta, skorzystałam z niej wracając rok temu z chłopakami ( forumowymi ) z Lodowego.
Pierwsze zderzenie z rzeczywistością chaty - potwierdziły się moje obawy.
Miro udziela rzeczowej informacji, o której śniadanie itp. Przydziela salę, łózko.
Ja patrząc na te dwa koce na łózku - nieśmiało pytam.
- Czy można dostać za dodatkową opłatą pościel na te koce do ubrania?
On mi przez okno wskazuje góry i podkreśla fakt na jakiej wysokości się znajdujemy.  Wyszłam na kretynkę.
Dobrze, przeżyjemy to jakoś. Jutro Durny - już sama myśl uskrzydla. W koncu nie przyjechaliśmy tu dla wygód. Góry i cudowna pogoda rekompensują wszystkie niedostatki. Wschod i zachód slonca wyznaczają rytm dnia.



Niedziela rano, to własnie ten dzień w ktorym pogoda miala sie na chwilę załamać.
I sprawdzają się prognozy. Nad górami przetaczają się jakieś ciemne chmury, skąd one sie wzięły? Pytamy siebie. Zachód slońca był piękny, ale to są gory wszystko jest możliwe tłumaczymy sobie czekajac na poprawę pogody. Patrzymy w niebo, gdzieś słońce próbuję przebić sie przez chmury. Za chwilę jest! słońce, pogoda.
Idziemy!
Na Mały Durny bez problemu. Od Igły w Durnym i na Durnym troche śniegu widzimy, skały lekko oblodzone i troszkę nas, to niepokoi.
Po krótkiej analizie decydujemy się jednak wejsć na szczyt.
Udało się! Radosć! Odnajdujemy puszkę i wpis (bardzo lubię ten moment, czuje, że tu zostawiam swój ślad i piszę swoją historię tatrzańską)
Ostatni wpis wejscia na Durny widnieje z dnia 30 września. od 9-ciu dni nikt tu nie wchodzil? Zastanawiamy się..
Na szczycie spędzamy całą godzinę, mając jak na dloni Łomncę i piękne zjawisko w Tatrach. Morze mgieł...
Schodzimy po swoich śladach na śniegu do Igły, dalej już luzik.











Znowu proza życia w Terince. Piwo ciepłe i jakiś ma dziwny smak. Niech to szlag - gdyby tu był "Żywiec" - marzymy. Trudno, pijemy to co jest. Za Durny!
Pakujemy się na te trzypiętrowe wyrka, tylko jak tu zasnać... Zimno w tej sali jak cholera, kaloryfer zimny. Ubrana bylam bardziej jak na wyprawę wojenną niż do snu i mimo tego trzęsłam się z zimna. Pośrednia szczerzy zęby do nas przez okno... jeszcze nie teraz, ale za kilka chwil...
Jutro Baranie, Posrednia w dalszej kolejności...oświetlona blaskiem księżyca nie pozwala zasnąć.



Rano - śniadanie. Ten sam zestaw co poprzedniego dnia, urozmaicenie menu - tylko w domu.
Marcin dostaję jajko surowe zamiast ugotowane. Miro wymienia na gotowane. Chybiony wybór - znowu surowe.
Trzecia proba udana, można konsumować.
Wrzątku nie uświadczysz. Jeden z turystów - Polak prosi o znikomą ilość wody do rozpuszczenia lekarstwa. Nie mam cieplej wody - pada odpowiedź. Woda jest w kranie, jest ale lodowata. Bez komentarza.
Akurat tego dnia przypada 150 rocznica urodzin Odona Te'ryego - założyciela schroniska i pierwszego zdobywcy:
Pośredniej Grani i Durnego. Portret Odona wiszący w jadalni udekorowany kwiatami i wstęgą.
Przy stole w jadalni zbiera się jakieś konsylium i glosno o czyms rozprawia...
Może o modernizacji chaty ? Moze?
Miro zaabsorbowany rozmową... my tymczasem na Baranie.

Pogoda jak drut , ani jednej chmurki na horyzoncie, nogi same niosą. Spotykamy kozicę, raczej capa, bo samotny. Przygląda się nam z wielkim zaciekawieniem, wychylywszy sie zza skały.
Na szczyt łatwo i prosto.Widoki... co tu dużo mówić, przy takiej pogodzie widać prawie Kraków.
Przeglądamy spokojnie wpisy wejść, i widzimy znane osoby z 321, między innymi: Giaur i Mallory.
Jakos tak się ciepło robi na duszy "spotykając znajomych". Ja też zostawiam swój ślad, może też ktos tu mnie "spotka"








Pakujemy plecaki, żegnamy Chatę Terry'ego i przez Czerwoną Ławkę udajemy się do Zbójnickiej chaty.
Tam musi być jakaś cywilizacja - żartujemy, mając dość warunków w Terrince.
Pośrednia znowu nie pozwala nam przejść obok siebie. Marcin robi fotki - do analizy w domu.
Wrócimy do tego tematu - mówimy głośno i z przekonaniem.



Ostry - nasze sierpniowe plany wejścia na ten szczyt nie wypaliły ze względu na kapryśną pogodę.
Temat nieco przebrzmiały, lecz wciąż aktualny. Siedzi w głowie ta góra. Nie odpuścimy - patrzymy na nią z nutką niepokoju
i jednocześnie pełni determinacji.

 

Tymczasem przed nami Strzelecka Turnia. Wchodzimy. Słońce grzeje jak w lipcu, a niebo wciąz lazurowe. Sadowimy się na wilkich głazach, spoglądając w kierunku Jaworowego - cel jutrzejszej wycieczki. Przeraża nas trochę stromy piarg u wylotu Siwego Żlebu.



Zbójnicka Chata - nie zawiedliśmy się mimo iż nie ma ciepłej wody i pradu to jednak wyczuwa się juz w pierwszej chwili, że tutaj jest znacznie przyjemniej.
Na jadalni kilka osób... - Słowacy
Siadamy, zamawiając piwo z nadzieją, że nie będzie tak "cienkie" jak w Terrince. Na szczęście myliliśmy się. Piwo jest zimne i bardzo nam smakuje. Jest smaczniejsze tym bardziej, że pijemy je po morderczym dniu... Baranie, Czerwona Ławka z ciężkim plecakiem.

Powoli zapada zmork, na stołach w jadalni pojawiają się lampy naftowe. W świetle lampy i w unoszącej się zapachu spalanej nafty - czytamy Paryskiego.
Jutro Jaworowy... i ten diabelsko stromy żleb i piargi... nic damy radę wierząc w Happy End ;) .

Nareszcie można było się wyspać nie trzęsąc się z zimna - kaloryfery ciepłe.
Zasypiając ze zmęczenia słyszę głos. To Polak, strudzony, samotny turysta z ogromnym plecakiem. Dotarł do schroniska po zmroku.
Zrezygnował z biwakowania, bo ta "wiedźma" z Terrinki przegoniła go. Opowieści górskie młodego mężczyzny odebrały mi sen, mimo potwornego zmęczenia.
Zasłuchałam się... bo świat gór, to nade wszystko ludzie. Góry i ludzie to dwa nierozłączne elementy. Dinozaurzy tatrzańscy - można jeszcze ich spotkać
(choć to już obumierajacy gatunek) Oni są, tylko trzeba znaleźć się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie
Górująca, wyniosła Staroleśna na tle rozgwieżdżonego nieba, pomrukiwanie potoków, kołysały do snu. takie chwile chciałoby się zatrzymać.
Zasypiam z obrazem Tatr pod powiekami i głową pełną tatrzańskich marzeń.



Rano po śniadaniu pakujemy swój majdan, żegnamy Zbójnicką i obieramy azymut - Jaworowy!
Docieramy na Siwe Wrótka, zostawiamy plecaki i na szczyt "lajtowo" bez wora tylko z aparacikiem.
Ze szczytu wpatrujemy się w ledwo widoczny głaz upamiętniający śmierć Klimka Bachledy. Gdzieś na granii unosi się jakby duch wielkiego człowieka Tatr...






Zejście po piargach makabryczne, ale szczęśliwie docieramy do mostku na potoku staroleśnym przy dolnym końcu pośredniego staroleśnego ogrodu. Tutaj robimy sobie dłuższą przerwę. Mamy czas.
Ostatni punkt czterodniowej tatrzańskiej eskapady. Patrząc urzeczona na jesienne barwy gór, przychodzą mi na myśl słowa piosenki "A w górach już jesień... ".
Bawię się aparatem probując utwalić na zdjęciach wszystkie odcienie brązu, żółci i czerwieni.







Zejście do Hrebienoka bez pośpiechu. Grań Kościołów towarzyszy nam przez dłuższy czas i ciesząc oko. Piękna, kolorowa i ciepła tatrzańska jesień.



O zmroku docieramy do Łysej Polany. Do ostatniej chwili nie mogąc oderwać wzroku od szyby. Ciągle tych gór jest nam za mało...
Szczyty Tatr znikają za horyzontem lasu, a my chcemy zabrać ich widok do domu, by wystaczyl nam na jak najdłużej.
Za przejściem granicznym włączam telefon od trzech dni nikt do mnie nie dzwonił i ja też nie wykonywałam żadnych telefonów.
Nawet do domu nie dzwoniłam. Nie było zasięgu więc wyłączyłam telefon oszczędzając baterię na powrót. Właściwie to po co miałam dzwonić? Przecież wszystko jest w porządku, nic mi się nie stało.
Powinni to wiedzieć moi domownicy, skoro nie dzwonię.
Co ja wygaduję, skąd mogą wiedzieć, że wszystko w porządku skoro milczę - skarciłam szybko siebie w myślach. Dobrze jest wreszczie zasięg, a więc dzwonię.
Nie zdążyłam. Dzwoni mój telefon. Ups... Dom.
- Ty żyjesz ? Dlaczego od trzech dni nie dajesz znaku życia. Martwiliśmy się o Ciebie - słyszę w słuchawce telefonu.
Ostatni raz tam pojechałaś !
A ja już wiem, że to nieprawda...

Jak wytłumaczyć, że Tatry pochłaniają nas bez reszty, a tutaj czas ma inny wymiar i zapomina się o wszystkich problemach, pracy, domu. Zapomina się nawet o sobie, bo
Tatry to moja wolność.
Poprawiony: piątek, 27 kwietnia 2007 09:26