Strona główna Opowiadania Jak nie zdobyłyśmy Mont Blanc
Top Module Empty
Jak nie zdobyłyśmy Mont Blanc Email
sobota, 04 listopada 2006 16:01
Jak nie zdobyłyśmy Mont Blanc

Jak nie zdobyłyśmy Mont Blanc


<tekst : Iwona S>
<zdjęcia : Iwona S i Grzegorz Bargiel>

To miała być wyprawa mojego życia. To nie kokieteria, wiem co piszę – mojego, bo Basia jest młoda i nie takie drogi jeszcze przed nią. Nie wiem czy uda mi się powtórnie do takiego stopnia zmobilizować – psychicznie, fizycznie no i nie bez znaczenia – finansowo. Taka wyprawa kosztuje bo i dojechać trzeba i sprzęt dokupić i to nie kiepskiej jakości, jednak ważne jest posiadanie antypotnej bielizny, porządnych spodni, cieplejszych i nieco lżejszych, na wypadek upałów, o butach nie wspominam, bo to zrozumiale, dwie pary rękawic, cienkie i grubsze, wskazana jest również para skórzanych – nie ślizgają się ręce, czapka + jedna z daszkiem – słońce zabija, okulary przeciwsłoneczne z prawdziwego zdarzenia, z filtrem, gogle, dobra czołówka, termos, czekan, raki antisnow, lina, karabinki, repsznur, pętle na prusiki i jeszcze parę innych drobiazgów które podsumowane – kosztują i to nie mało. Dodam ze sprzętem należy umieć się obsługiwać i gdzieś trzeba się tego nauczyć, jeśli się tego nie umie i nie ma znajomych, którzy się naprawdę na tym znają. My nie umiałyśmy, więc w lutym robiłyśmy kurs, który też nie był tani. A więc nie jest to podróż za jeden uśmiech.
Po kilku miesiącach przygotowań, również kondycyjnych, 8 czerwca wyjechałyśmy do Chamonix. Wybrałam drogę przez Badenię Wirtembergie i w Bazylei wjechałyśmy do Szwajcarii. Dla zainteresowanych podaje ze winieta kosztuje 26 euro i obowiązuje cały rok. Niestety, nie ma winiet krótkoterminowych. Mijamy Jezioro Genewskie, nad którym gościłyśmy kilka lat temu.



Pogoda jest iście wakacyjna i nastraja nas optymistycznie. Wkrótce jesteśmy w Martigny i serpentynami pniemy się w kierunku Chamonix.



Tutaj Basia odnajduje szczyt, na którym byłyśmy przed kilkoma laty.

Około godz. 15 jesteśmy w Chamonix. Nie rezerwowałyśmy żadnych noclegów ponieważ zdecydowałyśmy się na pole namiotowe. W Chamonix jest ich wystarczająco dużo. Wprawdzie nie wszystkie znajdują się w pobliżu centrum ale jeśli się ma samochód, nie ma problemu. Oglądamy dwa pola namiotowe w samym Chamonix – Mont Blanc, a więc w absolutnym centrum i decydujemy się na niewielkie pole o wdzięcznej ale nic nie mówiącej mi nazwie – Les Barrats. Jadąc tutaj byłam nieco zdegustowana perspektywą tłumów które spotkam i związanym z tym męczeństwem ( głównie psychy ) ale już zjeżdżając z Martigny do Chamonix zauważyłam dziwne pustki. Zwykle jadąc alpejskimi serpentynami, ktoś jadący za mną jest szybszy i siedzi mi cały czas na plecach, stresując mnie niemiłosiernie ale tym razem droga jest pusta. Aż do samego Chamonix. Okazuje się ze to jeszcze nie sezon, choć mnie się wydawało ze tu jest cały rok sezon; miasteczko świeci pustkami. Jakże wielka była moja radość!
Rozbijamy nasz namiocik. Porządny, komfortowy, trójeczka, w której będziemy we dwie rezydować. Z jednej strony mamy widoczek na Mont Blanc i lodowiec Bossons



A z drugiej na jakiś pagór, którego nazwę zapomniałam. Ale też ładny!



Zaczynamy beztroskie życie, przeplatane wygłupami i góralskimi tańcami z ciupaszką, otoczone tym, co kochamy najbardziej – górami.




Następnego dnia, w piątek, wybieramy się na spacer do pośredniej stacji kolejki Aiguille du Midi. Różnica wzniesień około 1300 m. Trasa jest przepiękna widokowo i poprowadzona łagodnymi zakosami. Pomyślałam sobie wtedy, to byłoby coś dla Misiatego. Turystów zero. W ogóle okolica Chamonix i przyległych wiosek obfituje w przeatrakcyjne widokowo trasy trekkingowe, które bardzo polecam.



Basia przyciśnięta potrzebą, znajduje otwarty kibelek z niebagatelnym widokiem.




Tuż pod stacją kolejki spotykamy wreszcie jakiegoś człowieka. Zagaduje nas po francusku a my się tylko uśmiechamy i próbujemy dać mu do zrozumienia ze rosyjski, niemiecki i polski to nam jakoś idą. Ach polski – cieszy się pan i nienaganną gramatycznie, choć z obcym akcentem polszczyzną opowiada nam o swoich przygodach z paralotnią , na której przeniósł się właśnie przed chwilą z Aiguille du Midi do pośredniej stacji.

Później znów zostajemy same.



Osiągamy wysokość 2300 i tu zaczynają się problemy z Basi głową. Czyli – na zachodzie bez zmian – bo w wyniku kilkuletnich obserwacji wiemy że Basi głowa zaczyna protestować właśnie od tej wysokości. Specjalnie wylazłyśmy tutaj, w nadzieji, ze może coś się zmieniło. Niestety – nie.

Następnego dnia, w sobotę, zgodnie z zarządzeniem Maestra, który jeszcze jest w Polsce ale mamy z nim kontakt telefoniczny, jedziemy do Le Tour, uroczej alpejskiej osady, w celu dojścia do schroniska Alberta na wysokości 2700. Jest to już część aklimatyzacji. Ważne jest aby spędzić tam noc.. Pakuję plecak tak jakbym szła na Mont Blanc. Chcę zobaczyć jak sobie dam radę z obciążeniem. Upał jest niemiłosierny.








Droga malownicza ale powyżej 2000 bardzo zaśnieżona. Co chwilę pokonujemy płaty śnieżne i to całkiem strome. Jeszcze wtedy miałam paniczny lęk przed nimi więc droga była dla mnie psychiczną męczarnią.





Wkrótce przed nami co najmniej 600 m trawersu w śnieżno – lodowej breji i ja…rezygnuję. Tym bardziej ze Baśka nie ma raków, Maestro dowiezie je dopiero w niedzielę. Pozostało nam 200 m deniwelacji ale długim i stromym trawersem. Wycof.
W drodze powrotnej pokłóciłyśmy się trochę i po utrzymaniu bezpiecznej odległości Basia strzeliła mi to foto.



W niedziele fundujemy sobie prawdziwy urlop. Szwendamy się po Chamonix, odkrywamy pensjonat pod nazwa „Kościuszko”, moczymy nogi w stawku, obżeramy się czereśniami. Pełen odpoczynek.
O 19 spotykamy się pod kościołem z Maestrem i Grzesiem ( później dołączy jeszcze Ola ) którzy od tej pory będą nam towarzyszyć w naszych zmaganiach. Sprawdzamy pogodę – na razie nieustanne upały, temperatury ok. 30 st. Izoterma 0 od 3800 ale za dwa dni będzie dopiero od 4000 m.

W poniedziałek o ósmej rano podjeżdżamy kolejką zębatą Montenverse nad lodowiec Mer de Glace. Uzbierała się nawet spora grupka turystów, pragnąca obejrzeć to cudo natury.



Panie w białych, płóciennych spodenkach i wdzięcznych kapelusikach i panowie z laseczkami. Baśka nazywa ich brutalnie „geriatria” ale ona, bezczelniucha, może sobie jeszcze na to pozwolić. Ja się nie odzywam.
Turyści mogą zejść sobie kawałeczek niżej aby obejrzeć jaskinię ale tutaj najczęściej kończy się ich podróż.



Za pomocą owych drabinek dostajemy się na lodowiec. Ludzi tu mnóstwo. Przewodnicy z grupami klientów, cały oddział żandarmerii i kilku indywidualistów, ćwiczących samotnie różne techniki pokonywania szczelin, poruszania się w rakach, wspinaczkę w lodzie, wyłażenie ze szczelin, wyciąganie ze szczelin itd.
Przed wyjazdem zaopatrzyłam się w skorupy Koflacha i stwierdzam teraz ze to na pewno nie będą buty, w których pójdę na Mont Blanc. Są za ciężkie i nogi się w nich męczą. Gdyby to było tylko poruszanie się w lodzie i na śniegu, to jeszcze byłoby znośnie ale w drodze na Mont Blanc przez Goutera są spore odcinki skały, gdzie trzeba się trochę powspinać i te buty są po prostu niewygodne. W skale czuję się jak słoń w składzie porcelany. Dobita stwierdzeniem Basi ze wyglądam w nich jak idiota…



…tego samego dnia jeszcze zaopatruję się w nowiutkie, super wygodne i mięciutkie La Sportivy. Wybierał je dla mnie Grzesiu a on w Zakopanem słynie ze znajomości tematu.
ćwiczenia na lodowcu są bardzo męczące. Upał doskwiera. Najtrudniej przychodzi mi schodzenie po stromym lodzie w głąb szczeliny i w miejscu w którym mogę już przeskoczyć na drugą stronę – przeskok, najlepiej na obydwie nogi i na przednich zębach raków szybciutko na górę. Musimy przy tym stosować rożne sposoby podpierania się czekanem. Maestro pastwi się nad nami a szczególnie nade mną i jest ciągle niezadowolony. Ale jakoś przeżyłam. W przerwach rozglądam się po tej legendarnej okolicy. Grand Jorasses, Dru…




Pochłaniam wzrokiem jego sylwetkę i patrząc na ginący w oczach filar Bonattiego ogarnia mnie jakaś dziwna nostalgia za czymś utraconym i refleksja na temat rzeczy i wydarzeń dla kogoś tak ważnych a jednak tak ulotnych i obracających się wręcz groteskowo w nicość.


ćwiczymy ok. 8 godz. i na deser porcyjka drabinek, spowrotem do kolejki. W upale 30 st i z pełnym obciążeniem. Myślę ze kilka szczebelków tej drabinki zardzewieje od mojego potu.


Aklimatyzacja

Dziś będziemy walczyć o aklimatyzacje. Jestem strasznie ciekawa jak mój organizm zareaguje na rozrzedzone powietrze. Grzesiu zalecił nam dzień wczesnej, wieczorem zarzucić aspirynę. Poprawia krążenie krwi i w związku z tym dotlenienie. Maestro twierdzi wprawdzie ze równie dobrze można by przedtem zjeść kawałek żółtego sera ( jak ja kocham tę ironie Maestra! ))) ale mimo wszystko stosuję się do zaleceń Grzesia. Wiele godzin później twierdzę że mi pomogło – Basia, że nie. No i tak to jest z tymi „receptami”.
O ósmej wyjeżdżamy kolejką na Aiguille du Midi– 3800 m. Po oszpejeniu się w tunelu wychodzącym na grań , zaczynamy wędrówkę ścieżeczką tak wąziutką i cholernie eksponowaną ze aż mnie ciarki oblatują. Po obu stronach kilkusetmetrowe śnieżne stromizny. Nawet nie ma gdzie czekana wbić. Na szczęście po ok. 50 m stoki łagodnieją i robi się przytulniej. Schodzimy jakieś dwieście metrów w dół do rozłożystej doliny, na lodowiec, gdzie natykamy się na kilka namiotów..






Mijamy je i dalej ścieżką na zbocze widoczne po lewej stronie. Nie muszę chyba dodawać że jesteśmy powiązani tak jak się należy na lodowcu. Odstępy 8 – metrowe, lina zawsze lekko napięta. Konstelacja jest nieco nieszczęśliwa bo dzielimy się na dwa zespoły. Basia idzie w zespole z Grzesiem i Olą a mnie bierze Maestro pod swoje skrzydła. Aż strach pomyśleć co będzie jakby mi tak Maestro wpadł do szczeliny. Zaczynamy mozolną wspinaczkę na Mont Blanc du Tacul. Musimy wydrapać się na 4248 m. Widoki wokół nas obłędne.




Pierwszy raz w życiu widzę seraki. Pod tymi wiszącymi bombami zegarowymi będziemy jeszcze niejednokrotnie dziś przechodzić.



Maestro w chwili zadumy.

Co jakiś czas napotykamy szczeliny, ziejące turkusową otchłanią. Przeskakuję nie bez drżenia serca ale jeszcze bardziej mi drży gdy przeskakuje Maestro…

Zespól Basi stara się jak najszybciej przejść pod wiszącymi serakami. Ale jak tu szybko iść?



Po pewnym czasie zaczynam odczuwać skutki rozrzedzonego powietrza. Znaczy – rezerwy przywiezione z dołu powoli się kończą i teraz zacznie się walka o każdy metr. Co kilka minut nachodzą mnie nudności. Początkowo nie bardzo wiem jak sobie z tym poradzić ale po jakimś czasie odkrywam sposób i to….funkcjonuje! Kiedy zaczyna mnie mdlić, nie przerywam marszu tylko bardzo głęboko oddycham. Za chwile nudności przechodzą. I tak już będzie do samego wieczora. Jestem zachwycona swoim odkryciem i cieszę się ze mogę iść dalej.





Basi za to pęka czaszka. Wystarczy mi jedno spojrzenie na nią by wiedzieć jak się czuje.




Podejście jest bardzo strome i monotonne. Stosuje „francuska” technikę podchodzenia w rakach i idę bardzo rytmicznie, jak automat. Wkrótce znajdujemy się w miejscu w którym prawdopodobnie zginął Wawrzyniec Żuławski. Widać stad Mt. Maudit.




Ale wtedy nawet o tym nie pomyślałam. Byłam tylko i wyłącznie skoncentrowana na wysiłku który muszę jeszcze włożyć aby wyjść na szczyt. Na ostatnich stu metrach pod szczytem Basia zaczyna mieć problemy z równowagą i „znosi” ją na boki. Grzesiu skraca linę i po krótkiej wspinaczce w skale stoimy na szczycie. Nasz pierwszy czterotysięcznik! Duma mnie rozpiera! Chyba widać, no nie?



Zostajemy na szczycie 15 min, Basia zarzuca tabletkę przeciwbólową i schodzimy. Maestro zaleca wzmożoną koncentrację ( w miarę możliwości ) ponieważ często po zdobyciu szczytu nie będąc jeszcze zaaklimatyzowanym, następuje zobojętnienie i demotywacja. To sprzyja wypadkowi. Ja tam nie czuje się zdemotywowana. Wręcz euforia mnie ogarnia i chce mi się śpiewać. Maestro bardzo sceptycznie ustosunkowuje się do mojego stanu ducha i dość jasno daje mi do zrozumienia ze mam się zamknąć i skoncentrować na tym co robie w tej chwili..
Jest godz. 14. Slońce nieludzkie. Snieg miękki a wiec i mosty na szczelinach niebezpieczne. Rezygnujemy z przejścia pod serakami, tym bardziej ze przed chwila widzieliśmy akcje ratunkowa na zboczach Mt. Maudit. Wyciągali kogoś ze szczeliny. Wokół leżały świeżo upadłe seraki. Olbrzymie. Czy miały one cos wspólnego z wypadkiem – nie wiemy. Na wszelki wypadek zamiast grac w rosyjska ruletkę, zjeżdżamy skrótem, po lodowej, kilkunastometrowej ściance.
Schodzimy do tej samej, rozleglej doliny i pozostaje nam jakieś 150 m w gore do schroniska Cosmique. I to chyba był najgorszy moment tego dnia. Istne do(r)żynki. Basia błagała żeby ja na tym zboczu już zostawić choć do schroniska było jeszcze tylko kilkanaście metrów. Zrozumiała, dlaczego czasami ludzie umierają tuz pod progiem zbawczego schronu.
W końcu umordowane ale i szczęśliwe zasiadłyśmy w schronisku.



Tu będziemy nocować. Ważnym elementem aklimatyzacji jest nocleg w wysoko położonym miejscu.
Maestro jest trochę z nas dumny i cieszy się ze mamy aklimatyzacje do 4200. Te brakujące 600 m powinnyśmy bez wielkich problemów zrobić na rezerwie. Ja tez się cieszę, bo nic mnie nie boli i nie dokucza. Apetyt mam zdrowy i pochłaniam francuska zupkę plus kotlecik duszony w winie. No…może jest taki mały cień nad ta cala historia…schron jest drogi a ja sknera jestem. 54 euro ze śniadaniem i obiadokolacja. No, dobra… przełykam wraz z kotletem.
Zbliża się zachód słońca wiec wychodzę na zewnątrz by się trochę rozejrzeć po okolicy ale nie za bardzo jest gdzie pójść, bo schronisko stoi na skale i z jednej strony zieje przepaść w kierunku Bossonsa



A z drugiej jest to cholerne 150 m w dół i widok na Aiguille du Midi.





W nocy budzi mnie kołatanie serca i przez długą chwile nie mogę sobie przypomnieć gdzie jestem i co ja tu w ogóle robie. Boli mnie głowa ale chyba nie tylko mnie bo słyszę jak Maestro łyka tabletę i wychodzi na zewnątrz. Jeszcze kilkakrotnie budzi mnie przyspieszone bicie serca tej nocy.

Jeśli chodzi o samo schronisko, to dodam ze Cosmique jest dość komfortowy. Działa ogrzewanie i można przemyć twarz w maleńkiej umywalce ( wielkości takich z PKP) i w toalecie nie podwiewa w tyłek. Nie uwzględniane są legitymacje Alpenverein, bo jest to schronisko prywatne.

Następnego dnia, o 7 rano pobudka. Głowa mi pęka ale za to Basia wstaje rześka i wojownicza jak Rambo. Nie potrafię nic przełknąć na śniadanie wiec kiedy inni jedzą, ja pakuje plecak i przygotowuje się do wyjścia. Za chwile wlokę się w kierunku kolejki Aiguille du Midi. Te 200 m podejścia mnie zabijają. I choć pogoda jest wymarzona, przejrzystość powietrza – jak rzadko, widoki rewelacyjne, mnie to jakoś w ogóle nie interesuje. Zobojętniała na wszystko chce już tylko być na dole. Nawet ta eksponowana gran zwisa mi kompletnie i odsuwam się na bok, robiąc miejsce dla żandarmerii, która się wysypała z kolejki. Oni nas chyba prześladują. Dopiero na dole wracam do siebie. W ciągu 15 minut jestem jak nowo narodzona.
Resztę dnia spędzamy leżąc w cieniu przed namiotem. Odpoczywamy przed jutrzejszym dniem. Prognoza zapowiada ze pogoda będzie piękna, jednak po południu należy się spodziewać burzy, która może potrwać do godzin wieczornych, ale później ma być znowu czyste niebo. Izoterma 0 – 3600, szybkość wiatru 20 km. Będziemy więc starali się przed burzą być w Gouterze. Maestro kładzie wielki nacisk na ciężar plecaków. Przed wyjazdem do Cosmique, na stacji kolejki, wywalił Baśce cały plecak do góry nogami i wszystko co uznał za niepotrzebne, kazał odnieść spowrotem do auta. Mamy iść absolutnie na lekko.
A wiec w moim plecaku, który wezmę ze sobą na Mont Blanc znajdują się:
Dwie pary spodni: lekkie ale wiatroodporne oraz cieplejsze, z polarową wyściółką. Kurtka , jeden polar, jedna bluzka antypotna, czapka, kask, dwie pary rękawic, okulary przeciwsłoneczne, dwie pary skarpet, krem do opalania w miniaturowym opakowaniu, stuptuty, uprząż, raki, czekan, 1,5 litra wody mineralnej, cos słodkiego do przegryzienia, kasa. Wszystko to mieści się w plecaku 35 l. Ach, zapomniałabym - szczoteczka do zębów. Pastę niesie Basia.

Rano w czwartek wyjeżdżamy kolejka Bellevue, niestety nie pamiętam na jaka wysokość. W każdym razie tramwaj nie chodzi i dalej musimy zasuwać po torach.



Na ostatniej stacji tramwaju biwakują Polacy. Jeden z nich podchodzi do nas i udziela nam rad, jak należy przejść przez „strefę śniegu” Maestro słucha. Ja dusze się ze śmiechu.


W drodze do kuluaru.


Kuluar przechodzimy szybko ale bez szczególnego pospiechu żeby się nie potknąć, bo co chwila lustrujemy zbocze, czy cos nie leci. Nic nie zleciało. Za chwile widzimy podążający zespół Basi.



Powyżej kuluaru zaczyna się 600 metrowe zebro, gdzie można się przyjemnie powspinać, trochę w lodzie a trochę w skale.



Ta część drogi sprawiła mi wielka przyjemność i praktycznie niezmęczona, wyprzedzając trzy francuskie zespoły dochodzę do Goutera.



Rozgrzana tempem, nie zauważam początkowo ze wzmógł się wiatr i zrobiło się zimno. Zupełnie inaczej, niż wczoraj, w Cosmique. Spoglądam na tablice z prognozą, ale wielkich zmian nie ma, oprócz tego ze wiatr wynosi 45 km no i nie ma nadal tej zapowiedzianej burzy.. Po chwili zaczyna mną trząść z zimna. Ubieram na siebie wszystko, co mam w plecaku, nawet podwójne spodnie i zabieram się za kolację. Soczewica + jakaś dziwna kwaśna kiełbasa, no i tradycyjnie zupka z serem. W schronisku nie ma ani kropli wody, więc myję zęby w wodzie mineralnej i kładę się na wilgotna prycze. Jest mi strasznie zimno i musiałabym do toalety, ale ta perspektywa mnie przeraża. Załapałam trochę ciepła pod kocem i za żadne skarby nie wyjdę teraz na zewnątrz. Toaleta znajduje się w innym baraku i wszędzie tam podwiewa wiatr. Bo to cale schronisko „wisi” w powietrzu, na metalowych konstrukcjach. Rezygnuję więc z eskapady i długo jeszcze słucham wyjącego wiatru, zanim na chwilę zasnę.
O 1.30 pobudka. Ubrać na siebie mogę jeszcze tylko uprząż, bo jest to jedyna rzecz, która mi w plecaku została. Wciskam w siebie coś w rodzaju śniadania i wychodzimy na lodowiec. Jeszcze widać gwiazdy i księżyc, ale od zachodu niebo jest czarne. Przed nami idą trzy zespoły. Nie wiem w ogóle co znajduje się wokół mnie, bo chociaż od śniegu jest nieco jaśniej , to jednak niewiele można rozpoznać. Widzę światła czołówek idących przed nami zespołów. Ale wkrótce i one znikną bo wokół robi się ciemno i zacinający wiatr niesie ze sobą ostre igiełki lodu. Wieje coraz mocniej. Teraz widzę już tylko Maestra i idący nieco wyżej, po prawej, amerykański zespól. Cztery osoby. W pewnym momencie jeden z nich traci równowagę i cała czwórka ześlizguje się kilkanaście metrów w dół. Przystajemy i czekamy na rozwój sytuacji. We mgle widzę ze po dłuższej chwili zaczynają się ruszać i powoli wstawać. Nie możemy się z nimi porozumieć bo wiatr wyje niemiłosiernie. Rozbawia mnie spontaniczna reakcja Grzesia krzyczącego do nich – hamuj!!! Idziemy dalej. Nie widać już żadnych zespołów. Jak się później okazało, wszystkie francuskie wycofały się prawie na początku. W zawierusze nie zauważyliśmy nawet kiedy się zawrócili. Zostały tylko nasze dwa i ten amerykański. Po dwóch godzinach mozolnej, stromej drogi, majaczy w zadymce Vallot. Postanawiamy wejść do niego i przemyśleć cala sytuacje. Mam przeczucie ze tu się skończy nasza wędrówka. Po wyłamanych szczeblach metalowej drabiny gramolę się do wnętrza. Atmosfera jest przygnębiająca. Ciemno, śmierdząco, jakieś dwie osoby śpią pod brudnymi kocami. Nie reagują w ogóle na nasze przybycie. Na zewnątrz wyje wiatr i łomoce drzwiami schronu. Początkowo postanawiamy przeczekać. Nawet wydaje się nam ze wiatr ucichł. Ale to nieprawda . Po krótkich przerwach pojawia się ze wzmożoną energia. Słyszymy jak o metalowy schron walą kule lodu. Jesteśmy nieco zszokowani takim obrotem rzeczy, choć mnie to nie dziwi, bo przypominam sobie historie z Freneya. A też miała być piękna pogoda. Po wspólnej naradzie decydujemy się na wycof….no cóż, nie pierwszy i pewnie nie ostatni….cdn….kiedyś….


Poprawiony: poniedziałek, 04 grudnia 2006 09:06