Strona główna Opowiadania Wyprawa na "Kóla Tatr" - Gerlach (Ula)
Top Module Empty
Wyprawa na "Kóla Tatr" - Gerlach (Ula) Email
sobota, 04 listopada 2006 11:56
WYPRAWA NA "KRÓLA TATR" - GERLACH (Ula)

<tekst: Ula>

<zdjęcia: Marcin>

 

Gerlach , Łomnica , lodowy
Nad białe morze chmur
Podnoszą swoje dumne glowy;
Króle tatrzanskich gór


Gerlach – ta myśl zaczęła mnie prześladować w ubiegłe lato idąc Doliną Wielicką na Polski Grzebień i Małą Wysoką. Wzrok mój już wtedy zatrzymał się na potężnym masywie Gerlacha. Pomyślałam... za rok muszę zdobyć ten szczyt i od tej właśnie chwili konsekwentnie dążyłam do celu. Było nas wtedy dwoje chętnych do wejścia na Gerlach.
Przewodnik zabiera cztery osoby, miałam jeszcze wtedy dużo czasu, by znaleźć komplet.
Nad wyborem przewodnika...Słowak? czy Polak ? zbyt długo się nie zastanawiałam.
Wygrał przewodnik polski, opłata za wejście porównywalna, ważnym czynnikiem była dla mnie kwestia komunikowania się, chciałam, by ta pierwsza dla mnie wycieczka pod opieką przewodnika była ciekawa, treściwa, by mnie nie zniechęciła na wstępie, żeby nie było to tylko zaliczenie szczytu Gerlacha.
Po wstępnym rozpoznaniu w gronie licencjonowanych przewodników, padło nazwisko Roj.
Moja intuicja powiedziała, że to ma być Jan Roj - senior. Doświadczony przewodnik I klasy z międzynarodowym certyfikatem.
Umówiona byłam na tę wyprawę z półtora miesięcznym wyprzedzeniem.
Padła suma 700 zł, a było nas troje, więc będzie nas ta wycieczka więcej kosztować.
Nie ważne...chciałam iść, trudno zapłacimy. Sprawa czwartej osoby rozwiązała się sama na kilka dni przed umówionym terminem wyjścia.
Jest czwarta osoba, tym lepiej, obniżymy koszty, teraz tylko by pogoda dopisała. Najważniejsze, żeby tylko nie padał deszcz, reszta jakby bez znaczenia.
Czekałam na ten dzień pełna euforii. Niestety, cały entuzjazm zamienił się w pełen wyczekiwania niepewny czas, w chwili, gdy przewodnik zadzwonił do mnie w trakcie naszego spotkania forumowego u „Wnuka", informując, że nasze wyjście na Gerlach jest pod wielkim znakiem zapytania.
Płonie las na Słowacji - listopadowa Kalamita, wszystkie szlaki w okolicy Polanki Tatrzańskiej, Smokowca, Łomnicy są zamknięte.
Byłam zmartwiona, czy pożar zostanie opanowany, czy do wtorku 2 sierpnia zostaną otwarte szlaki. Miałam wielkie szczęście, wybawieniem okazał się deszcz-ulewa , która przyszła 31 lipca, dzięki której pożar został opanowany, ale niepewność, czy pójdziemy? trwała do 1 sierpnia do godziny 19-tej.
Po dziewiętnastej zadzwonił przewodnik...
usłyszałam
słoneczko idziemy jutro na Gerlach, była to najlepsza wiadomość, jaką mogłam usłyszeć tego dnia.

Dzień wcześniej w firmie ubezpieczeniowej załatwiliśmy ubezpieczenie na śmigłowce na sumę 10 000 Euro - jednodniowe. Składka wyniosła 8 zł, tyle zapłaciliśmy.
Nie jest to wymóg, ale w razie jakiegoś wypadku transport śmigłowcem jest zapewniony.
Tego dnia, śmigłowiec, by nie przyleciał w tak gęstej mgle, jednak warto jest mieć ten komfort za 8 złotych, nigdy nic nie wiadomo co się wydarzy.

2 sierpnia godzina 5 rano – miejsce spotkania ul. Kościeliska w pobliżu restauracji  "U Wnuka".
Tam czekaliśmy na przewodnika. Skład naszej ekipy to : Ula, Teresa, Marcin, Grzegorz.
Punktualnie o 5-tej zjawia się przewodnik, w rozmowie ze mną poprzedniego dnia powiedział :
- jak zobaczycie starego, grubego i brzydkiego faceta idącego ze sprzętem, to będę ja.
Nikogo takiego nie zobaczyliśmy.
czy to na pewno Pan?Zapytałam.
Duchem i kondycją przerastał niejednego dwudziestolatka, mimo dojrzałego wieku.
Każdy z nas dostał pas asekuracyjny, by się już nim od tej chwili opiekować.
Wsiedliśmy do samochodu w doskonałych humorach i ruszyliśmy ku nieznanemu.
W drodze do Tatrzańskiej Polanki w samochodzie nie było chwili milczenia.
Rozmawialiśmy...
Przed nami otwierały się wspaniałe widoki na Tatry, przewodnik wskazywał, nam wszystkie szczyty widoczne przez szybę samochodu, które mijaliśmy.
Widoczność była dobra, niebo prawie bezchmurne. Zbliżając się do Łomnicy Tatrzańskiej.
Ujrzeliśmy przytłaczający, wręcz tragiczny widok pogorzeliska, unoszący się jeszcze miejscami słaby dym, czuć było mocny zapach swądu.
Stary Smokowiec...jakże zmienił swój dotychczasowy krajobraz, nagle odsłoniły się brzydkie budynki z czasów głębokiej komuny niegdyś ukryte w świerkowym lesie.
Wszyscy byliśmy poruszeni tym widokiem. Nastała cisza w samochodzie...nowy las wyrośnie na wiatrołomie, ale my już nie zobaczymy w naszym życiu stuletniego lasu przy Drodze Wolności miedzy Tatrzańską Łomnica a Starym Smokowcem.
Do Śląskiego domu dotarliśmy po godzinie szóstej. Po dokonaniu opłaty w recepcji schroniska – 700 koron za zgodę na wjazd własnym samochodem pod schronisko.
Szybka toaleta i startujemy jest godzina 7:00.
 

 

 

 

 

Energicznym krokiem za przewodnikiem podążamy zielonym szlakiem wzdłuż brzegu Wielickiego Stawu, za kilkanaście minut przechodzimy pod przewieszoną ścianką tzw. Mokrą Wantą, gdzie zawsze latem kapie woda. Następnie na dolny skraj ogrodu wielickiego, do połowy lata kwitną tam zioła, kwiaty, bujna roślinność górska. Na południowy zachód otwiera się widok na stok Ponad Ogród Turni i Małego Gerlacha, na południowy wschód urwiska granatów Wielickich.
 

 

 

 

 

Skręcamy w lewo ze szlaku na nie znakowaną perć wiodącą przez piargi i upłazki na Gerlach, następnie idziemy skosem po kamienistych murawach do wylotu głębokiego Wielickiego Żlebu. Z prawej strony wylotu żlebu skały podcina piętnastometrowa, pionowa, gładka ściana – Wielicka Próba na wysokości około 1980 metrów, czyli pierwsza trudność z którą trzeba się zmierzyć. Wygląda dość łaskawie na pierwszy rzut oka po łańcuchach zostały tylko same haki. Zatrzymujemy się, każdy z nas wyciąga z plecaka pas asekuracyjny i zaczyna się zakładanie pasów, pomaga nam w tej czynności przewodnik. Ustala kolejność w jakiej będziemy się wspinać. Zapina linę sobie, ja jestem druga, za mną Teresa, następnie Marcin, Grzegorz zamyka grupę. W chwili kiedy już wszyscy jesteśmy spięci liną – poczułam przypływającą atmosferę wspinaczkową. Przewodnik daje wskazówki, że lina między nami powinna być lekko napięta, tempo zależy od nas, jeśli ktoś chce chwilę odpocząć wystarczy powiedzieć. Ma to być dla mnie i dla was przyjemność – żartuje przewodnik.
 

 

 

 

 

 

Marcin pstryka fotki, żadnego pośpiechu na niebie pojawiają się pojedyncze chmurki, powietrze jest rześkie. Wielicką Próbę pokonujemy od prawej strony w dużej ekspozycji, ale bez żadnego problemu. Za Próbą zaczynają się żmudne łamańce, jednostajne szare skały. Dalej ponad ścianą stromo w górę trawiasto – skalistym stokiem ciągle na prawo od dna żlebu, pod koniec ze skalistego żeberka w lewo na przełęcz nad Kotłem Gerlachowskim. Panuje ciepła, radosna atmosfera. Marcin – chodząca encyklopedia tatrzańska co chwila wymienia nazwy wszystkich obiektów widzianych po drodze upewniając się, pyta przewodnika.
Ja żartuję z przewodnikiem, są dowcipy, wiersze, piosenki – górskie klimaty, są już pierwsze wyznania o wzajemnej sympatii.
Teresa – seniorka w naszej grupie jest szczęśliwa, zadowolona z siebie, trochę obawiała się o siły po przebytej grypie. Świetnie sobie radzi, przewodnik jest zaskoczony jej kondycją. Grzegorz – „człowiek kotwica” – tak go nazwał przewodnik. Jest on czwartą osobą która dołączyła do nas w ostatniej chwili. Był dla nas osobą zupełnie obcą, my w trójkę chodziliśmy już wspólnie po górach. Grzegorz mieszkał w tym samym domu na Krzeptowkach , w którym ja mieszkałam, kiedyś w kuchni przy śniadaniu zgadaliśmy się o Gerlachu, brakowało nam wciąż tej czwartej osoby. Grzegorz podjął szybką decyzję, zmieniając nawet swoje plany. Tak bardzo zależało mu na wejściu na Gerlach. Nasz Ja_nek z forum zrezygnował z wycieczki na Gerlach , a to wiązało się z podniesieniem kosztów, choć to już nie miało dla nas znaczenia i tak weszlibyśmy w trójkę. Przewodnik już nam nawet 100 zł opuścił z tego powodu. Z drugiej strony nie chciałam by ,ta czwarta osoba była zupełnie nam obca, w końcu mamy się nawzajem asekurować. Grzegorz – żołnierz zawodowy – instruktor wychowania fizycznego w jednej z Komend Marynarki Wojennej, prowadzący również sekcją karate. To mi wystarczyło. Zgodziłam się kiedy zapytał czy może iść z nami.
Wysportowany – więc forma zapewniona, zdyscyplinowany – jak każdy żołnierz zawodowy.
Nie był nowicjuszem w chodzeniu po Tatrach, ale nigdy nie chodził tak wysoko.

 

 

 

 

 

Przełęcz nad Kotłem Gerlachowskim, , tutaj fundujemy sobie kilkunastominutową przerwę na posiłek i tutaj dopada nas pierwsza mgła.
Im wyżej tym mgła coraz gęstsza, widoki ograniczone.
Chcąc zgłębić wiedzę o górskich roślinkach , pytam przewodnika o nazwy spotykanych po drodze różnorodnych roślin , na moje pytanie otrzymuje żartobliwą odpowiedź :
Żółty kwiatek górski, lub fioletowy kwiatek górski... lecz po chwili otrzymuje prawidłową nazwę roślinki górskiej.
 

 

 

Z przełęczy trawersem na Mały Gerlach, którego grzbiet rozgałęzia się w dwa gigantyczne ramiona obejmując Gerlachowski Kocioł.
Dalej droga wiedzie po zachodniej stronie grani. Obniżywszy się mocno podchodzimy dłuższy czas ku gorze przekraczając kilka żeber i żlebów spadających z grani. Od przełączki pod Małym Gerlachem pod grań Pośredniego Gerlacha ; w dół na stronę Doliny Batyżowieckiej , a następnie dalej długim trawersem przez żebra i żlebki , poniżej grani to do góry to na dół.
Najbardziej trudny orientacyjnie zawikłany odcinek drogi .Cały czas idziemy spięci liną. Dochodzimy do wystającej skały, dość trudny punkt...pokonaliśmy.
Skała nachylona jest jedną krawędzią nad wielką przepaścią.
Przy tej skale trzeba przechodzić , przeciskać się raczej ,koło wysokiej , gładkiej ściany nie mając się czego złapać, trzeba się mocno chwycić i zrobić wielki krok w lewo . Minąwszy ten niebezpieczny przesmyk, obniżamy się mocno osiągając dno Batyżowieckiego Żlebu podcinającego skały wierzchołka i rozszerzającego się w piarżystą kotlinę, następnie lekko w góre. Już widzimy krzyż na Gerlachu , przychodzi pierwsze wzruszenie, przewodnik nawiązuje do historii wejść na szczyt Gerlacha ks. J. Stolarczyka.
 

 

 

 

 

 

 

 

,, Usłyszawszy , że Gierlach (...) ma być najwyższą góra w Tatrach , postanowiłem mimo mojego wieku spróbować szczęścia i wdrapać się na jej najwyżej położony szczyt (...) ,, wspominał liczący wtedy 58 lat zakopiański proboszcz . ,, Dwaj przewodnicy : Tatar i Giewont na przemian rękę lub ciupagę mi podają lub niżej na ściankach słabo uczepieni , podpierają moje nogi , wszyscy zaś prawie w powietrzu zawieszeni jesteśmy (...) [ Na szczycie ] wstawszy za chwilę i rozpatrzywszy się na wszystkie strony świata , wpadłem w prawdziwe zdumienie nad tymi cudami bożymi , które roztaczały się przed moim okiem (...) Ukląkłem jeszcze raz i odśpiewałem z radością przepełnionym sercem Te Deum , podczas gdy towarzysze moi po cichu się modlili,, .

Jesteśmy na szczycie , jedyni , nie ma więcej nikogo, przypadek... raczej nie , po prostu do końca nie było jasne czy są już szlaki otwarte , czy nie. Szczęściarze z nas, to chyba rekompensata za tą niepewność wyjścia, którą przeżywaliśmy.
Czas wejścia - od Śląskiego Domu – 3 godziny, 50 minut – dobry czas.
Wzruszenie zaciska w gardle , dotykam niebieski kamień na krzyżu, czuję ogromną satysfakcję , wielką radość na szczycie mimo gęstej mgły , która odebrała nam przyjemność podziwiania widoków.
 

 

 

 

Szczyt na którym stoi 1.5 metrowy metalowy krzyż z niebieskim kamieniem został przetransportowany śmigłowcem w 1997 roku latem i zamontowany z okazji 53 rocznicy wybuchu słowackiego powstania narodowego.
Środek góry zasłany ogromnymi głazami granitowymi. Gerlach ma kształt podkowy, której ramiona wysunięte są ku południu.
Po bokach nagromadzone są wieczne nigdy nie topniejące śniegi w rodzaju lodowców alpejskich, woda z nich ciecze pod głazy , a głuchy szmer słychać tu i ówdzie , urwiska , prostopadłe ściany, mniejsze i większe poszarpane turnie.
Kolosalne słupy granitu wznoszą się jeden obok drugiego, wszystkie głazy i odłamy pokryte są czarnym porostem co granitowi nadaje ponure wejrzenie.
Prawdziwe zdumienie ogarnia człowieka, przerażające wyobrażenie o dzikim ogromie piękności tej Góry.
Gęsta mgła na szczycie dodawała jeszcze tylko dramaturgii temu amfiteatrowi natury, tajemniczości...niezwykłe wrażenie monumentalne.

Siadam na chwilę sama obok krzyża, chcąc w samotności zanurzyć się w tajemnicę Tatr... więc może lepiej milczeć i wielbić cię ciszą...gdyż tylko mowa poezji wydaje się stosowna w tej chwili.
Moje zachwycenie przerywa unoszący się ponad szczyty i przepaście Gerlacha
Wspaniały wielki orzeł, jedyna żywa istota , która tę skalistą gorską krainę zamieszkuje.

Po godzinnym delektowaniu się Gerlachem schodzimy Batyżowieckim Żlebem.
Kolejność następująca: Grzegorz, Teresa, Marcin, Ula i przewodnik zamyka grupę.Spokojni, zrelaksowani zbliżamy się do Batyżowieckiej Próby, zdecydowanie trudniejsza od Wielickiej, słaba dwójka , jeśli mam mówić o skali trudności. Duża ekspozycja, klamry , przy których musiałam się trochę kombinować by palcami nóg wyczuć i stabilnie ustawić stopę. Jest to problem ludzi o niskim wzroście , klamry są w rozmieszczone w różnych odstępach.
Oczywiście przy wielkim wsparciu przewodnika, który co chwilę pytał czy wszystko w porządku. Teraz to Grzegorz prowadził nas na dół, przewodnik był nawigatorem , naprowadzał Grzegorza, ale też nas zabezpieczał. Jako ostatni odpinał linę z haka , kiedy my już bezpiecznie zeszliśmy, a potem ktoś z nas asekurował przewodnika , przypinając linę do haka.
Podobało mi się to , czułam się dumna kiedy asekurowałam przewodnikowi, ściągając linę , czekając aż zejdzie.
Żartował ...wy tak do końca nie ufajcie tej linie , która ma w środku cienkie trzy nitki , która nie wytrzyma lotu od razu pęknie.
 

 

 

 

 

 

 

Mgła powoli ustępowała nad Batyżowiecką Doliną odsłonił się błękit nieba na chwilę, patrzę urzeczona na dole widzę we mgle sterczący jak ciemna plama – Kościółek.
Na południowej – zachodniej ścianie Kościołka rozegrała się jedna z głośniejszych w swoim czasie tragedii tatrzańskich. Podczas próby przejścia tej ściany , 4 sierpnia 1933 r. W nie do końca wyjaśnionych okolicznościach zginęli dwaj taternicy : Witold Wojnar i Wiesław Stanislawski, ten ostatni miał opinię jednego z najlepszych polskich wspinaczy.

Stanisławski – duch wielkiego taternika unosił się nad Batyżowiecką...
,, Skala ucieka spod moich stóp, lecz nie wzywałem pomocy, alem tu przyszedł dzisiaj...,,przychodzi mi na myśl jego wiersz.
 

 

 

 

Wylot wielkiego Batyżowieckiego żlebu spadającego spod wierzchołka Gerlacha. Podcięty żleb – gruby płat śniegu ,przez który przechodzimy jeszcze spięci liną. Za płatem śnieżnym ,w dogodnym miejscu zatrzymujemy się ,odpinamy linę i pasy asekuracyjne.’
 

 

Przewodnik składa nam gratulacje nie szczędząc słów pochwał dla naszej ekipy.
Ja dostaje dwa tytuły : najsympatyczniejszej turystki i człowieka Gór.
Mówię wam o tym bo... jestem w końcu jedną z was – 321 góry.
Dalej po murawach i piargach na brzeg Batyżowieckiego Stawu ,gdzie robimy sobie przerwę na odpoczynek pławiąc się w słońcu.
Po dłuższym odpoczynku magistralą turystyczno do Śląskiego Domu.
Czas zejścia cztery godziny. Błękitem i słońcem żegnał nas „Król Tatrzański” Gerlach.
 

 

 

 

 

Samochodem wracamy do Zakopanego, zapraszamy przewodnika na obiad, prosząc by wskazał jakąś fajną knajpkę daleko od Krupówek, by zjeść obiad, wypić piwo ,przeżywając to jeszcze raz na dole.
Lądujemy w karczmie „Młyniska”, super karczma cisza spokój daleko od zatłoczonych zakopiańskich ulic. Zamawiamy obiad, dopełniamy formalności finansowych, należnych przewodnikowi.
Ktoś mówił, że przewodnik inkasuje połowę sumy przed wyjściem na Gerlach, nic takiego u nas nie miało miejsca. Formalność która mogłaby wydawać się sprawą najistotniejszą zeszła na drugi plan. Przy sączącej się z głośnika muzyce góralskiej znosimy toast za Gerlach !
Uczucie radości, szczęścia, spełnienia jest wyczuwalne w każdej chwili emanuje to od każdego z nas. Cała ta droga zostanie Mi w pamięci jako niezwykle interesująca i piękna, nie przypominająca ani jednego momentu trudności ze skałą czy strachu. Promienna, ciepła atmosfera jaką stwarzał koło siebie przewodnik - Jan Roj, człowiek o wielkim poczuciu humoru, jego wesołe pogadywania oraz pouczająca pełna treści wyprawa obfitująca w najlepsze wrażenia. To wcale nie jest obojętne z kim się idzie w góry, nasza grupa na czele z Panem Rojem, była przykładem przeżywania razem wielkiej radości obcowania ze skałą i przestworzem, zacieśnienia wzajemnej przyjaźni.

Wycieczka na szczyt nie oznakowany szlakiem pod opieką przewodnika, jest to zupełnie inny rodzaj turystyki.
Zostałam wprowadzona w głąb Tatr przez wspaniałego przewodnika.
Poznałam, dotknęłam „czegoś” co do tej pory było mi nieznane.
Wspomnienia, przeżycia tego dnia na trwałe zostaną w Mej pamięci.
Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z Gerlachem (myślę o wejściu na Zadni Gerlach przez Przełęcz Tetmajera).
Mam nadzieję, że była to wyprawa pierwsza z wielu na tatrzańskie szczyty.

Adam Asnyk - tymi słowami dziękował Maciejowi Sieczce - przewodnikowi w Zakopanem, Ja dziękuje nimi przewodnikowi Janowi Rojowi – seniorowi.

Mój przewodniku ! tyś mnie wiódł przez góry,
Dając mi poznac ich poezję swieżą,
Nagą, dziewiczą pięknośc tej natury
Nie zeszpeconą mdłych legend odzieżą.
Nie rozdrobnioną na powszednie rysy,
Zdawkowe slowa , zdawkowe opisy.

Dobrze więc było mi pod twoją wodzą
W królestwie głazów dni pogodne przeżyć.
Chwytać wrażenia , jak same przychodzą,
Piersi nieznanym uczuciem odświeżyć.

 

Tatry 2 sierpnia 2005

Poprawiony: sobota, 04 listopada 2006 12:28