Strona główna Opowiadania Wycieczka, czyli jak się o tym nie pisze (Leszek)
Top Module Empty
Wycieczka, czyli jak się o tym nie pisze (Leszek) Email
wtorek, 20 czerwca 2006 14:41
<tekst i zdjęcia: Leszek>
27 sierpień 2004.

- Ewka, pożycz mi kartę - W Pięciu Stawach nigdy nie dorobią się zasięgu. Specjalnie mi to nie przeszkadza. Nie po to tu jestem żeby wydzwaniać lub odbierać połączenia. Jestem tutaj w zupełnie innym celu. A jak trzeba zadzwonić to w końcu jest automat, trzeba tylko pamiętać o karcie. No właśnie, pamiętać.
- Mam w pokoju, zaraz przyniosę - Pokój mamy na półpiętrze. 8-osobowy. Tylko taki można było zarezerwować w maju. Od czerwca Pięć Stawów nie przyjmuje rezerwacji. Sprzedają wolne miejsca codziennie od 17.00. Dzisiaj też ustawiła się długa kolejka liczących na nocleg turystów. Ich problem. Jak się ma dwadzieścia lat to można ryzykować a jak się dochodzi do czterdziestki, trzeba z góry przewidywać okoliczności spędzenia wolnego czasu.

- Masz, ale zostało tylko kilka impulsów., zostaw coś, będę dzwonić do mamy - Ewka, moja dziewiętnastoletnia siostra, dostała się w tym roku na prawo w Warszawie. W Tatrach jest juz ze mną chyba czwarty raz, tym razem ze swoim chłopakiem. Chłopak, który w tym czasie pije przy stole piwo za 7 zł, jest doskonałym kandydatem na tatrzańskiego psychola. Wszystko mu się tu podoba. Złego słowa dotąd nie powiedział. Góry piękne, w schronisku "kultowa atmosfera" i w ogóle wszystko jest wery najs.

Dzwonię.

- Andrzej? Witam. Jestem na miejscu. W Piątce - Andrzej dojeżdża właśnie do Poronina.
- Wolne miejsca? Zapomnij. Rozmawiałem z babą z kuchni. Każą czekać do siedemnastej. Nie da rady. Jest tu sporo ludzi. - Teraz będzie narzekał, że nie załatwiłem mu spania.
- Możesz w Murowańcu. Tam na pewno mają wolne. Dzwoniłem.
Umówiliśmy się na spotkanie. Andrzej zamówił sobie nocleg w Murowańcu telefonicznie, a ja skierowałem się do bufetu. Pięciostawiańska jadalnia. Tym razem wypełniona ludźmi. Tymi, którzy już spokojnie opowiadają o "straszliwych" szczelinach w Granatach i tymi którzy niespokojnie spoglądają na zamknięte okienko recepcji.
Odstałem swoje w kolejce i wróciłem do naszego stolika. Młodzi o czymś dyskutowali, ale gdy usiadłem Ewa zapytała:
- Dodzwoniłeś się do niego?
- Tak jest. Jutro się spotykamy na Kozim. O dziesiątej. - teraz czekam na reakcję,
- Czy Kozi Wierch to Orla Perć? - wiedziałem, że Ewka o to zapyta,
- Tylko jego czubek - ściemniam, ale i tak wiem że się wyda.
Ewka ostatnio przeżywa lęki przestrzenne, moim zdaniem trochę urojone.
- W takim razie ja nie idę. Idzcie sami - łatwo powiedzieć. Mamy zamówiony nocleg w Murowańcu, a ona mówi "Idźcie sami"!!!
- Leszek, może ty pójdziesz sam.... A my.. To znaczy dla nas wymyśl jakąś łatwiejszą drogę - jak się domyślacie to głos Krzyśka, chłopaka Ewki. Niech żyje młodzieńcza miłość. Czasami się do czegoś przydaje.
- Problem w tym, że nie ma szlaku zupełnie łatwego. Najłatwiejsze jest Krzyżne, ale przy okazji najdłuższe i mało ludzi tam chodzi - jeszcze mam zamiar ją przekonać,
- Krzyżne jest do bani. Idźcie przez Kozią Przełęcz. Tam to jest jazda. - lubię w Piątce wieczorne rozmowy z nieznajomymi. Czasami jednak można przy stole trafić na nudziarza. Gość przez dobre pół godziny udzielał nam zbawiennych rad, a nie było się gdzie przesiąść.
Ewka była coraz bardziej zestresowana, a ja przeżywałem rozterki. O dwudziestej drugiej jadalnia zaczęła się wyludniać. Jednak nie do końca. Niektórzy szykowali posłania. Pora grzecznie opuścić stolik.
- Jesteśmy umówieni. - mówię - do spania. Jutro trzeba przetargać plecaki, czyli dostaniemy w kość.

I tak ten piątek, piątek na który czekałem z pół roku dobiegł końca. Jeden z najdłuższych dni życiu. Rozpoczął się pobudką pół godziny po północy. Samochód prowadziliśmy z Krzyśkiem na zmianę. Nienawidzę nocnej jazdy. Około siódmej rano zajechaliśmy do COS-u przy rondzie w Zakopanem. Stałe miejsce postoju auta. Potem taksówką na dworzec kolejowy i stamtąd busem do Palenicy. W Pięciu Stawach byliśmy w południe. Jeszcze tego samego dnia zaliczyliśmy Szpiglasa. W kompletnym mleku stanęliśmy na wierzchołku. Ze szczytu wracaliśmy w już deszczu. Pustka na szlaku. Deszcz w ogóle nie przeszkadzał. Dodawał smaku.

 

 
Ciepły sierpniowy deszcz......

28 sierpień 2004

Ranek. Pierwsze spojrzenie w okno nastąpiło o szóstej. Widzieliście kiedyś rozpalony do czerwoności Wołoszyn? Wiem, że widzieliście i wiem, że znacie to uczucie.
Wstaję. Zaczynam hałasować. Jestem przygotowanym turystą. Mam gazową maszynkę, mam kawę, kubek....
- Proszę Pana? - niestety tak się do mnie zwracają - czy Pan idzie na Orlą Perć?
- Tak - odpowiadam - idziemy się napić kawy? Mam kawę.


O siódmej budzę moich podopiecznych.
- Wstawać, zaraz wszystkie kible będą zajęte. - skutkuje podstawowy argument w schroniskach tatrzańskich. O 7.30, spakowani, grzecznie czekamy na otwarcie kuchni. Jak można odpalać kuchnię dopiero przed ósmą. Nigdy Was to nie irytowało? Nie wiem już, co mnie podkusiło, ale zamówiłem kiełbasę na gorąco.
W efekcie ze schroniska wyszedłem dopiero o 8.20. Prawie biegiem docieramy do mostku na ujściu potoku przy Wielkim Stawie.
- Co ja robię? zadałem sobie pytanie - miałem podziwiać i focić. Słońce, długie cienie, kontrasty a ja biegnę jak czubek. Kto mi potem zwróci ten czas?

Zwolniliśmy. Jeszcze tylko chwilę razem do rozstaju przy Czerwonej Młączce. Udzieliłem Krzyśkowi wszystkich możliwych porad i do zobaczenia za kilka godzin w Murowańcu. Jest piękna pogoda. Krzyżne to tylko strome podejście, nic więcej. Jestem o nich spokojny.

Wysoko, ponad Wielkim Stawem lecę raźno niebieskim szlakiem. Sam. Chyba pierwszy raz idę sam....
Wyżnie Solnisko. Tabliczka dla niesfornych narciarzy i początek czarnego szlaku. Południowy stok Koziego przecięty jest w pół Szerokim Żlebem. Ogrom kanionu można ocenić tylko na tym szlaku. Potok, który pojawia się w żlebie dopiero po kilkunastu minutach wędrówki, przypomniał mi o potrzebie posiadania wody. Od dawna zabieram ze sobą puste plastikowe butelki. Napełniam je przy najbliższej okazji. Tu siadam na chwilę, wyjmuję aparat...
Mija mnie dwóch gości
- Cześć - słyszę. Ubrani wg. wszystkich turystycznych standardów. Idą równym krokiem, powoli ale konsekwentnie. Już po paru minutach znikają mi z oczu.
Perć (jakże adekwatna nazwa!) kluczy małymi zakosami wśród głazów i upłazków. Słońce jest dokładnie za mną. Od dawna obiecuję sobie kupno czapki. W tej chwili założyłbym na głowę nawet kolorową chustę. Zdejmuję koszulkę. Nic to nie daje, jest 9.20., bezchmurne niebo nie daje żadnych szans na chwilę cienia.
O co mi chodzi? Przecież o takiej pogodzie marzyłem.

Wielki Staw Polski, cóż to za olbrzym. Zaczynają wyglądać zza polskiej grani Koprowy, Hruby i Krywań. Północna grań Szpiglasa z Miedzianem i Opalonym Wierchem, która jeszcze przed chwilą zasłaniała wszystko, powoli ustępuje wysokością Mięguszom i Cybrynie. W kolejce stoją Rysy, Wysoka, Gierlach...... i nagle całe wschodnie skrzydło Tatr jawi się jak na dłoni. Lodowy, najpiękniejszy szczyt Tatr kłania się z przekorą. Stąd zdaje się być łatwo dostępny.

 

 

Ścieżka nagle skręca w prawo, trawersuje płytki w tym miejscu Szeroki Żleb i łączy się z Orlą Percią. Znaki czerwono-czarne prowadzą w lewo. W kilku miejscach trzeba użyć rąk.....

......Telefon.

Patrzę na wyświetlacz: EWKA. Czyżby już weszli na Krzyżne? Niemożliwe!!!

- Idziemy na Świstówkę, Ewa spanikowała na podejściu i musieliśmy się zawrócić. - słyszę, ale nie bardzo wiem o co chodzi. Po jaką cholerę idą na Świstówkę?!

- Chcieliśmy zaliczyć chociaż jeden szlak. Z Morskiego pójdziemy na parking, stamtąd dojedziemy do Kuźnic. Potem zadzwonimy -
Zaczynam się niepokoić. Co się z nią dzieje ? Świstówkę przechodziła ze mną już dwa razy i pewnie dlatego zdecydowała się na ten wariant. Dobrze... Jak się boi to lepiej niech idą znanym szlakiem.
Zawrócić się ?.... Do wierzchołka kilka minut, tam poczekam i zadzwonię.
Słyszę głosy...... Dwóch gości, tych samych którzy mnie wyprzedzili wcześniej siedzi pod kamieniem i pokazują sobie palcami szczyty. Jeden spojrzał na mnie, następnie na zegarek...
- Osiem minut - tylko tyle , myślę ?
- Osiem minut na szlaku to szmat drogi - odpowiadam i staję obok nowych znajomych. Pot zalewa mi oczy. Wyciągam ręcznik z plecaka.
- Tak, ale to ciągle tylko osiem minut. - filozoficznie zakończyli znajomość.
Podszedłem trochę wyżej. Stąd lepiej widać otoczenie Gąsienicowej. Niestety. Wędrówka na Kozi od strony Piątki posiada jeden mankament. Widok ma drugą stronę grani zastany na szczycie ustępuje znacznie widokom z podejścia.
Zostałem zupełnie sam. Jest dziesiąta. Gdzie te tłumy na Orlej Perci ? Zastanawiam się o której Andrzej wyszedł ze schroniska. Ma nieco dłuższą i znacznie trudniejszą drogę.............
Spoglądam na Kozie Czuby, widać dokładnie urwisty komin uzbrojony w klamry. I ja mam tam iść ? Nie jestem pewien....
...... Telefon
- Wszystko w porządku. Już schodzimy do Morskiego. Piękna ta Świstówka. Dlaczego mówiłeś, że to marny szlak - Krzysiek chyba coraz bardziej się wciąga.
- Nie mogłeś tego ode mnie usłyszeć. Jak Ewka?
- Już zapomniała o strachu. Ledwo za nią nadążam - uspokoił mnie. Dzwięk sms-a.
- Krzysiek zadzwonię za godzinę.
Odczytuję: "Sorry, wczoraj nastąpiła awaria, zaspałem. Gdzie jesteś? Mogę wyjść za pół godziny"
Już ja wiem jaka to awaria. Pewnie trafił na niezapowiedzianą biesiadkę.
 
Natychmiast Kozie Czuby stają się nierealne. Nieosiągalne. Jak na zdjęciu w przewodniku.
Spojrzałem na Granaty..... Lubię Granaty!!!

Być może jedyną zaletą tej krótkiej opowieści jest to że jest prawdziwa.

Poprawiony: piątek, 27 kwietnia 2007 09:19