|
Burza (Leszek) BURZA <tekst i zdjęcia: Leszek> Już słychać krzyki. Jeszcze tylko kilka zakrętów wśród świerków, brzózek i jarzębin, ostatnie metry ścieżki i byliśmy na asfaltowej szosie do Moka. Było wczesne popołudnie i tłumy waliły w obie strony. Plecak przygniatał mnie całą drogę, Sławek miał jakieś problemy w lewym bucie, jedynie Agnieszka przemknęła po szlaku bez narzekania. - Mówiłem, żeby pierwszego dnia darować sobie wysokie przejścia, pół nocy jechaliśmy, a potem jeszcze sześć godzin w nowych butach. Jutro pewnie nigdzie nie pójdę - Sławek powtarzał to od Wodogrzmotów, zmieniając jedynie liczbę godzin. Samochód został na Palenicy, a my na moście przy wodospadzie szybko podjęliśmy decyzję: idziemy przez Pięć Stawów. W głosowaniu było 2:1. Po asfalcie można sobie pochodzić w domu. Ścieżka ze Świstówki schodzi na drogę kilkaset metrów przed schroniskiem. Ciekawe, ale kompletnie nie pamiętam, czy było cokolwiek widać. Kolorowy tłum, budki z piwem, z prażoną kukurydzą, to wszystko skutecznie zmusiło mnie, żeby bez zwracania uwagi na otoczenie, zabrać zamówione klucze od pokoju i schować się w nim przed schroniskowym gwarem. Nie pamiętam też, kiedy wszyscy posnęliśmy... Obudziłem się około 19.00. Padał deszcz i od razu opanowała mnie bezsilność. Czy Tatry nie wiedzą, że przyjechaliśmy?! Zabrałem się do rozpakowywania plecaków i specjalnie robiłem to głośno, żeby zbudzić pozostałych. Bezskutecznie… Założyłem kurtkę i wyszedłem na zewnątrz. Deszcz przestał padać. Plac przed schroniskiem był już zupełnie pusty, jedynie na werandzie stały dwie osoby i spierały się, co widać, a czego zdecydowanie nie widać. Skusiło mnie to do spojrzenia na góry i od razu wytypowałem zwycięzcę sporu, choć powstrzymałem się od poinformowania o tym jego uczestników. (fot1 lub fot2) W okienku kuchennym kupiłem piwo. O tej porze szczęśliwie podają je w butelkach, a nie w tych marnych plastikowych kubkach. Zszedłem nad brzeg jeziora. Było absolutnie spokojne, gładkie jak lustro... Tak jakby czekało na mnie. Chociaż ono… Gdyż pogoda nie zapowiadała się najlepiej… Usiadłem. Po chwili usłyszałem kroki. Sławek schodził do mnie z butelką w ręku. Często wpada na podobne co ja pomysły... - Agnieszka wstała? - zapytałem. - Obudziła się, ale powiedziała, że nie wstaje. Posuń się trochę - usiadł koło mnie i zapytał - Podobno masz jakieś problemy w pracy? - Problemy są wpisane w moją robotę na stałe, ale nie zabieram ich w Tatry. Jedyne co mnie teraz martwi to jutrzejsza pogoda. - Potrafisz się tak wyłączyć? - drążył temat. - A potrafię. Myślę, że jutro zrobimy sobie kółko, pójdziemy na Szpiglasa, potem do Piątki i wrócimy przez Świstówkę. To tak z siedem godzin bez odpoczynków - i tak gadając przesiedzieliśmy nad stawem, aż zaczęło się ściemniać. A pogoda nadal nie zapowiadała się najlepiej. Zastanawiałem się, czy jestem zły na góry, że nie potrafią uszanować tych kilku chwil w roku, kiedy mogę je odwiedzić. I doszedłem do wniosku, że mimo wszystko nieobecność tutaj, jest o wiele gorsza od złośliwości aury. Poranek zaskoczył nas czystym niebem. Zewsząd spływały okresowe siklawy, efekty nocnych opadów. Ktoś kiedyś napisał, że w górach, w Tatrach, właśnie rano najłatwiej o ładną pogodę. I pamiętając o tym wyszliśmy ze schroniska około 7.00. Droga na Przełęcz Szpiglasową jest od strony Morskiego Oka jednym z najłatwiejszych wysokogórskich szlaków w całych Tatrach. I, mimo że ciąży na niej pogardliwe miano Ceprostrady, jest również jednym z najpiękniejszych. Wprowadza w głąb oklepanej i znanej z widokówek kotliny Morskiego Oka. Już po półgodzinnym marszu zmienia się rysunek szczytów. Cubryna ukazuje dwa potężne filary, a Mięguszowieckie odsłaniają zawiłość swojej budowy. Nic, tylko patrzeć i podziwiać, a jednak cały czas ciążyły mi słowa Sławka. Czy można tak beztrosko zapominać o sprawach, do których i tak będę musiał wrócić? Szliśmy powoli, ja ze Sławkiem, a Agnieszka daleko przed nami. - Słuchaj, dlaczego twoja żona tak pędzi, czy ona chce nas wykończyć? – zapytał. - Chce nam pokazać, że mamy nadwagę, ale nie przejmuj się, po drugiej stronie będzie się nas trzymać - Agnieszka twierdzi, że niepotrzebne są jej niebezpieczne szlaki, zawsze ich unika. Około 9.30 stanęliśmy na Szpiglasowej. - Leszek... Nieszczególnie to wygląda - wpatrywała się w pierwszy łańcuch rozpięty tuż pod przełęczą. - Nie będzie tak źle, ale najpierw chodźmy na Szpiglasa - ciekawe czy zejdzie, zastanawiałem się, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że problem rozwiąże się w zupełnie inny sposób… Na szczycie siedziało kilka osób. Wszyscy oglądali przedziwne zjawisko. Chmury przelewając się z Doliny Białej Wody do Kotliny Morskiego Oka tłoczyły się napotykając wysokie szczyty wokół jeziora. Najpierw pociemniało między Cubryną i Koprowym... Potem zerwał się wiatr. I to tak gwałtowny, że wszyscy zaczęli w pośpiechu opuszczać wierzchołek. Nie zdążyliśmy dojść do przełęczy, gdy po raz pierwszy uderzyło. Gdzieś jeszcze za granią... Bez zbędnych słów skierowałem się z powrotem do schroniska... Nagle, bezgłośnie rozświetliło się w samym środku amfiteatru Morskiego Oka... Huk przyszedł trochę później... Pierwszy, najgłośniejszy spowodował, że wszyscy skuliliśmy się przy skale. Potem nastąpiły odbicia od granitowych ścian. Kilkukrotne, coraz cichsze, ale na tyle potężne, że każde następne wciskało nas w kryjówkę... Bieg ku dołowi. Z przełęczy zeszliśmy w niewiele ponad godzinę. A burza trwała prawie przez cały czas, aż do samego schroniska. Potem, po chwili, tak nagle jak się zaczęła, tak nagle wyszło słońce. A my przemoczeni, zmęczeni, staliśmy przy barierce na placu i zastanawialiśmy się po co, tak szybko zbiegaliśmy... Tam na górze jednak, nikt nie miał wątpliwości, że trzeba uciekać. Słońce w jednej chwili przeistacza góry... Ale, czy gdyby świeciło na okrągło, to też bylibyśmy nimi zauroczeni?
|