Strona główna Opowiadania O sprawiedliwości (sKoTi)
Top Module Empty
O sprawiedliwości (sKoTi) Email
piątek, 02 czerwca 2006 15:40
O sprawiedliwości (sKoTi)

O sprawiedliwości

<tekst: sKoTi>


3 tydzień lutego – telewizyjna panorama...
krzyczę:
- „pusty” [piotr pustelnik] w telewizji!!! – mówi, że przygotowywać się będzie kondycyjnie do kolejnego szczytu w himalajach...
- a gdzie?
- zgadnij
- no pewnie w tatrach
- nie... w gorcach
- ???

do tej pory zastanawialiśmy się gdzie pojechać: tatry, gorce, może karkonosze... teraz już wiedziałem... teraz już wiedzieliśmy...

... jedziemy w gorce

III dzień pobytu – szlak na kudłoń

trasa na 4 godziny w normalnych warunkach.

z autopsji i przeczucia wiem, że my będziemy szli... wróć... ja będę szedł w nienormalnych.

pierwsze 1/2h po ubitej przez jakieś pojazdy drodze... żółte znaki na drzewach co 20 metrów informują, że idziemy w dobrym kierunku...

- zaraz się zacznie
- co się zacznie?
- widzisz znaki na drzewach?
- widzę – dużo ich
- dużo ich, bo idziemy po drodze, gdzie tylko idiota mógłby się zgubić: szeroka na 4 m ubita droga
- nie rozumiem
- poczekaj do rozstaju ścieżek a tam zrozumiesz...
 
... rzeczywiście tak się stało... każdy rozstaj „równorzędnych” ścieżek pozbawiony był jakiejkolwiek informacji w którą stronę iść...

na początku nam to nie przeszkadzało, bo zawrócić po 200 metrach zawsze było można... ale po godzinie zacząłem się zapadać... najpierw po „półłydki”, później po łydki, po kolana... najpierw co 10 krok, później co 5-ty, 2-gi i co krok... a sama myśl o zawracaniu ze szlaku stała się irytująca...

po 2 h marszu... przepraszam... zapadania się zaczynam mamrotać coś pod nosem

- co mówisz?
- sprawiedliwości nie ma na tym świecie...
- o co ci chodzi?
- o nic – idź pierwsza – dogonię cię

i znowu mamrotanie...

przypomniało mi się stwierdzenie jednego kolegi – aktualnego kapłana – że „sprawiedliwość nie znaczy równość...”

- może i miał rację – pomyślałem... i kontynuowałem zapadanie się...

do szczytu kudłonia jeszcze dobra godzinka... nerwowo nie wytrzymuję... najgorszy jest fakt, że nie mogę absolutnie złapać jakiegokolwiek tempa... nierówny marsz... nierówne tempo... nierówny oddech... nie cierpię tego...

dochodzimy do przepięknej polany pod skałami. tam stoi znak z info: kudłoń 15 min.

... byle do zejścia... zejścia są lepsze... lubię zejścia w śniegu...

mija 20 min... cały czas w górę... mija 30 min. – to samo...

wreszcie coś widać... chyba zaraz będzie szczyt... jest szczyt... po 3,5h...

nie ma czasu na postój... idziemy w dół...

idę pierwszy – na czuja, bo tradycji staje się zadość - znaków nie widać...

zaczynam słyszeć mamrotanie... ale moment – ja przecież nic nie mówię...

- mówiłaś coś???
... cisza...
... mamrotanie
... cisza
zatrzymuję się...

odwracam się i słyszę pytanie czy daleko jeszcze
- no będzie z 1h letnia, czyli co najmniej 2h zimowe
- zróbmy postój
- dlaczego?
- muszę odpocząć...
- po czym?
- zapadam się...
- ja też tyle, że od dobrych 4 godzin – przywyknąłem do tego
- ja nie
- ok

... postój

ruszamy... po przerwie to samo... zapadamy się

widać już lubomierz... pojawia się w miarę wydeptana ścieżka... trochę mniej uciążliwa...

... trochę

po prawie 6 h dochodzimy do asfaltu i w górę do rzek... wreszcie normalny sześciokilometrowy marsz... to na co klnę w tatrach teraz stało się czymś długo oczekiwanym... humory wracają...

- ciężko było - prawda?
- bardzo - szczególnie zejście...
 
... marna to satysfakcja – ale stwierdzam w myślach, że sprawiedliwość jest...

 ... tak... w górach wszyscy są równi...
Poprawiony: sobota, 04 listopada 2006 11:28