|
Magia Gór (Hogarth) Magia gór<tekst: Hogarth> Szedł powoli, zamyślony, chłonąc jesienny, beskidzki las. Błogą ciszę przerywał nierówny, zmęczony oddech i usuwające się spod nóg kamienie. Ale choć każdy z Was wie, jak kamienie potrafią denerwować na szlaku, on nie zwracał na nie uwagi. Ścieżka wiła się ku górze, a on wsłuchiwał się w delikatny szelest kolorowego dywanu pod nogami... Zieleń... Żółć... Czerwień... Błękit nieba... Tak - piękny błękit, błękit bezchmurnego, październikowego nieba ozdobionego niewinnymi promykami Słońca, tańczącymi w jego zmęczonych oczach. Te ostatnie dni były ciężkie - praca, kłopoty, niepowodzenia, ciągła walka... Więc co może zrobić człowiek gór? Może wsiąść w pociąg i zapukać do bram raju, pomalować swój szary świat w barwy jesieni. I on szedł i malował, ciesząc się jak małe dziecko, które znalazło swoją zguboną, ulubioną zabawkę. - Cześć! Wyprzedziła go grupka turystów. Młode małżeństwo z trzyletnim chłopczykiem, rezolutnie chłonącym każdy metr ścieżki. Turysta usiadł na pniaku, zamknął oczy... Dwadzieścia kilka lat temu on też był takim małym smykiem... Zaczynał swoją przygodę na tym samym szlaku... Powrót do przeszłości, kilka obrazów z dzieciństwa... A więc góry mają jeszcze magię, która przyciąga starych i młodych... - pomyślał i uśmiechnął się do siebie. Popatrzył na niebo. W niczym nie dorównywało błękitowi, które kochał i za którym tęsknił. Błękitowi, w który wierzył i w którym trwał. Ściskając w ręku telefon westchnął ciężko i ruszył... - No, idziesz? Nareszcie! Wleczesz sie jak ślimok! Gdzie się podziało Twoje mordercze tempo? Czekamy tu na Ciebie od dwudziestu minut. Zobaczył swoich przyjaciół. Raczyli się kanapkami i kiełbasą. - Chłonę siłę - odpowiedział nieśmiało filtrując oczami najdrobniejsze szczegóły rozpościerającego się z polany widoku. W trudnym momencie zamknie oczy i przywoła sobie wszystkie te obrazy... - Będzie dobrze - wydawało mu się, ze tylko pomyślał o tym, ale widać znowu odpłynął, bo usłyszał to jego Przyjaciel. - No jasne, że będzie! Kolano dawało się coraz bardziej we znaki. Strome, kamieniste podejście łagodniało jednak, jakby słuchało próśb płynących z grymasu bólu na twarzy. Jeszcze sto metrów, jeszcze osiemdziesiąt, trzydzieści... Nareszcie... nareszcie szczyt... i teraz właśnie nadchodził ten moment, najpiękniejszy dla każdego turysty.... Jaka nagroda spotka Cię za Twój trud? Jaki widok ukaże się Twoim oczom? Stanął na szczycie i nie dowierzał. Na horyzoncie prężyła się Babia Góra - królowa Beskidów. Stała tak dumnie i wyniosle jak zawsze. Tym razem w jej orszaku nie było żadnej, najmniejszej nawet chmurki. O ile tysięcy bardziej ten widok był przyjemniejszy dla oka, aniżeli pył wchodzący w najgłębsze zakamarki Twojego ciała... o ile szum podszytowych, skarłowaciałych świerków grał piękniejszą melodię, niż wgryzający się w węgiel kombajn... nie słyszał telefonów przełożonych z pretensjami o małe wydobycie... nie słyszał huku przenośników... słyszał góry... czuł góry... Nagle....zamarł. Daleko na horyzoncie dostrzegł coś, co podniosło jego emocje na wysokość nieba. - Nie, to chyba niemożliwe - powiedział do siebie pod nosem, obracając głowę. Ale to nie dawało mu spokoju. Obrócił głowę jeszcze raz.... - A więc to nie sen... Daleko, na granicy nieba, popołudniowe promienie słońca oświetlały postrzępiony grzebień skał... Skał, które kochał ponad życie... Tysięcy ton bezwładnych głazów, które były dla niego cząstką życia... - Tatry... Teraz widział je już całkiem wyraźnie... Lodowy... Gerlach... Mięguszowiecki... Krywań... Rozpoznawał szczyty bez problemu, uniesiony wspaniałym widokiem. - Granaty... Nagle spostrzegł, że nie jest sam... Gdzieś obok, na trawie, biegały małe dzieci. Cieszyły się życiem, turlając się po zielonej jeszcze trawie, śmiejąc się i śpiewając. W jego oczach pojawiła się łza. I nagle przypomniał sobie magiczną piosenkę, która zawsze koiła ból. spacerkiem przez park szedłem marząc o iskierce a w uszach grało mi szemranie fontanny wśród letnich trawników błyszczącej kroplami usłyszałem dzieci, śpiewały piosenkę a wesoło śpiewając przebiegły przez tęczę i śpiewały tą piosenkę właśnie dla Ciebie tak mi się zdawało - właśnie dla Ciebie właśnie tą, którą chciałem napisać dla Ciebie lawendy błękitne dana dana lawendy zielone gdy będę królem, Ty będziesz mą królową grosik za Twe myśli grosik za Twe myśli wszystko za Twą miłość lawendy zielone dana dana lawendy błękitne Ty będziesz mnie kochać, a ja Ciebie grosik za Twe myśli grosik za Twe myśli wszystko za Twą miłość Turysta spojrzał ostatni raz w stronę Tatr. Wyszukał wzrokiem niewyraźny wierzchołek Skrajnego Granatu. I nagle słońce - które przez chwilkę skrywało się pod nadciągającymi z zachodu błękitnymi chmurami - wypuściło ku jego spoconej twarzy cieplutki promyczek. Promyczek nadziei, który ogrzał spoconą twarz. W jego oczach pojawił się błysk. On już wiedział, wiedział wszystko. I tylko na wszelki wypadek, chyba podświadomie, powiedział do siebie... - Będzie dobrze. Wstał, założył plecak i ruszył ku dolinom. Ruszył pełny wiary i siły. Przygotowany do walki. Przygotowany, by stawić czoła życiu. Magia gór zadziałała... Ponownie... Ona zawsze działa.
|