Strona główna Opisy szlaków Tatry Wysokie Palenica Białczańska - Wodogrzmoty - Przedni Staw Polski
Top Module Empty
Palenica Białczańska - Wodogrzmoty - Przedni Staw Polski Email
sobota, 08 kwietnia 2006 11:03

<tekst: Leszek>

pl.gif



Długość:
Deniwelacja:
Czas mapowy: 

Każdy turysta żeby powędrować po naszych Tatrach musi skorzystać z któregoś z wielu szlaków dojściowych. Szlaki te bywają różne. Zdarzają się i nudne, i ciekawe. Uciążliwe i takie, na których rosną nam skrzydła. Niżej opisany zaliczam do tych najlepszych. Do tych na których tatrzańska przygoda zaczyna bardzo szybko.

Wystarczy przemordować się półgodzinnym asfaltowym odcinkiem i z Palenicy Białczańskiej dochodzimy do Wodogrzmotów .
Ten wodospad zawsze robi na mnie ogromne wrażenie. Może gdyby był trudniej dostępny cieszyłby się większym uznaniem. A były nie tak dawno czasy, że można go było oglądać z okien autobusu PKS dążącego na Włosienicę. Wodogrzmoty nie wiadomo dlaczego noszące imię Mickiewicza (jest tabliczka wmurowana przy Niżnim Wodogrzmocie upamiętniająca nadanie tego imienia) to ciąg trzech kaskad na progu Doliny Roztoki, po pokonaniu którego Potok Roztoka uchodzi do Białki. Tuż za mostem napotykamy znaki zielone i drogowskazach szlakowy "Schronisko Pięć Stawów".
Kiedy turysta jest wyposzczony długą nieobecnością w Tatrach, to w tym właśnie miejscu doznaje uczucia tzw. „ściśnięcia w dołku”. Wszak wkraczamy na teren dla "prawdziwych turystów". Przy okazji z tego miejsca tym samym , ale w dół potoku, dojdziemy do schroniska w Starej Roztoce – obiektu owianego legendą i spośród tatrzańskich schronisk jednego z najmniej narażonych na najazd masowych turystów.
Pierwsze kilkaset metrów to sprawdzian czy dobrze przygotowaliśmy nogi do tatrzańskiej wycieczki. Odcinek ten aż do pierwszej równinki (Dudniąca Ziem) staram się przechodzić bez odpoczynku. Dalej aż do polany Nowa Roztoka szlak jest łagodny, czasami nawet schodzimy z górki (co raczej jest denerwujące). Idziemy dnem Doliny, cały czas w pobliżu potoku, miedzy potężnym gmachem Wołoszyna po prawej stronie, a ramieniem Opalonego Wierchu po lewej. Wołoszyn, który jest miejscami doskonale widoczny to obecnie jeden z najdzikszych zakątków naszych Tatr (dawniej jego grzbietem prowadził ostatni odcinek Orlej Perci). Potężne żleby przecinają co kilkaset metrów jego południowo-wschodnią ścianę. Może wymienię niektóre z nich: Urwany Żleb, Koryto, Skalnisty, Ciemnisty , Zagonny i Siwarny. Już same nazwy powodują dreszcze.
Ciekawe wspomnienia ze zdobywania tychże żlebów można przeczytać w książce Teresy Bromowiczowej "Przyjaźń z kosodrzewiną". To z niej dowiedziałem się o istnieniu w jednym ze żlebów miejsca zwanego Wanną Afrodyty. Ponad przewieszką w żlebie w miejscu gdzie wodospad od tysięcy lat uderza w skałę, wytworzyła się misa skalna zawsze wypełniona wodą. O takich sprawach możemy sobie jednak tylko poczytać, a szlak w ciągu 40 minut od Wodogrzmotów doprowadza do polany Nowa Roztoka. Stoi tutaj szopa, niby schronienie, ale lepiej z niego nie korzystać. Tuż za polanką docieramy do miejsca, gdzie należy przeprawić się na drugą stronę potoku. Piszę "przeprawić", gdyż kiedy szedłem tędy w sierpniu 2004 po intensywnych deszczach to rzeczywiście ciężko pokonać było ten fragment suchą nogą. Zaraz za mostkiem ścieżka podrywa się ostro w górę i po paru minutach przekraczamy górną granicę lasu. Kozi Wierch widoczny odtąd jak na dłoni zupełnie nie przypomina swoim wyglądem niedostępnego wierzchołka widzianego z Hali Gąsienicowej. Od strony Doliny Pięciu Stawów to tylko taka trawiasta górka. Trochę w prawo od Koziego Wierchu z progu Buczynowej Dolinki spada kilkoma strugami Siklawica Buczynowska. Jeszcze trochę w prawo można oglądać potężny Żleb pod Krzyżnem a dalej to już cały masyw Wołoszyna. Idąc ciągle pod górę docieramy do dolnej stacji windy towarowej (zaopatrzenie dla schroniska). Ścieżka robi się wąska, wycięta w wysokiej kosodrzewinie. W lewo odchodzi czarno znakowany skrót, dobry dla tych, którym spieszno do schroniska, a którzy za nic mają piękno pobliskiego wodospadu (zakładamy drogi czytelniku, że Ty jednak ruszasz w góry, aby podziwiać piękno otaczającej przyrody i poczekasz z odpoczynkiem w schronisku te dodatkowe pół godziny). My nadal trzymamy się znaków zielonych, gdyż słychać już szum Siklawy. Bacowa Wanta którą ponoć można tu spotkać nigdy jeszcze nie została przeze mnie zauważona. Szedłem tędy kilka razy i zawsze o tym zapominam. Z pewnością jednak jest. Ścieżka ostro pnie się górę, a tuż pod samymi Wrótkami (tego nie sposób nie zauważyć) staje się na tyle stroma, że można pomagać sobie rękoma. Wrótka, skalny przesmyk, to pierwsze miejsce z którego widać Siklawę. Zawsze są dwie wstęgi wodospadu, zdarzyło mi się widzieć trzy po deszczu, ale słyszałem także o czterech. Wtedy to musi być potwór. Siklawa spada z progu Pięciu Stawów po 120 m swojego biegu od wypływu z Wielkiego Stawu. Mierzy ponoć 70 m (J. Nyka) lub 64 m (WHParyski). Mylnie określa się ją jako najwyższy Tatrzański Wodospad. Czarnostawiańska Siklawa lub Ciężka z pewnością są od wyższe. Niezaprzeczalnie należy zaś do najpiękniejszych i najchętniej prozą i wierszem opisanych. Szlak pokonuje próg po prawej (orograficznie – czyli patrząc w kierunku spływu wody) stronie wodospadu.
W kilku miejscach spotykamy mutony (to określenie naukowe) lub barańce (ludowe), czyli głazy wygładzone przez lodowiec. Wystarczy trochę zalodzenia żeby zrozumieć ludową nazwę. Z szybkim oddechem w końcu wydostajemy się ponad próg wodospadu, gdzie teren trochę się kładzie. Jeszcze około sto metrów i dochodzimy do wypływu potoku Roztoka. Znaki zielone kończą się przy kładce. Olbrzymi głaz tkwiący w wypływie potoku to najbardziej fotogeniczny kamień w Polsce. Znaki niebieskie kierują się w lewo ku schronisku.

Wśród kosodrzewiny, z widokiem na Wielki Staw i Miedziane dochodzimy do niewielkiego (ale uroczego) Małego Stawu. Stoi tu po lewej stronie zbudowany na zgliszczach schroniska Towarzystwa Tatrzańskiego mały budynek, obecnie strażnicówka TPN. Podobno można tu w sezonie załatwić sobie nocleg. Pokonujemy małe wzniesienie i tuż za zakrętem ukazuje się cel wycieczki. Wspaniale wkomponowane w otoczenie schronisko w Pięciu Stawach. Schroniskiem od trzech pokoleń kieruje rodzina Krzeptowskich. W ostatnich latach Andrzej Krzeptowski z żoną Magdą, choć coraz częściej pomagają im córki.



Poprawiony: poniedziałek, 12 lutego 2007 00:07